„Łup” („The Rip”) to netflixowy thriller Joe Carnahana, w którym Matt Damon i Ben Affleck grają policjantów z Miami wplątanych w sprawę grubej forsy w melinie kartelu. Z rutynowej akcji robi się test charakteru: czy da się pozostać „tymi dobrymi”, gdy system aż prosi, żeby pójść na skrót. ​


Krótko o fabule (delikatny spoiler)

Ekipa gliniarzy trafia na dziuplę narkotykową i fortunę w gotówce – pieniądze, które należą do ludzi, od których lepiej trzymać się z daleka. Zamiast prostego raportu zaczyna się spirala przesłuchań, podejrzeń i wewnętrznych konfliktów, bo bardzo szybko pojawia się pytanie: kto co zrobił z kasą i kto kłamie, żeby się ratować. ​

Damon gra świeżo awansowanego dowódcę oddziału, który ma być twarzą „czystej” policji, a Affleck – jego doświadczonego partnera, stojącego jedną nogą w idealizmie, a drugą w zmęczeniu materiału. Ich relacja jest osią filmu: od koleżeństwa i lojalności po momenty, gdy pada to kluczowe pytanie – „czy my to ci dobrzy…?”. ​

Film mocno gra motywem moralnej granicy: gliniarze nie latają w pelerynach superbohaterów, ale są twarzami systemu, który ma być dla zwykłych ludzi – ostatnią linią obrony, nawet gdy wszystko dookoła jest brudne. Bohaterowie cały czas balansują między pokusą a obowiązkiem, a dialog „…czy my to ci dobrzy…? …tak i zawsze nimi będziemy” brzmi jak przyziemna wersja marvelowskiego „we do this together”, tylko wypowiedziana w ciasnym korytarzu komisariatu, nie na tle kosmicznej bitwy. ​

Ten „przyziemny heroizm” jest jednym z najbardziej optymistycznych aspektów filmu: pokazuje, że bycie dobrym nie oznacza braku skazy, tylko wybór dobra mimo skazy. To bardzo komiksowe w duchu – nie ma tu nieskazitelnych ikon, są ludzie, którzy raz po raz muszą zdecydować, po której stronie linii chcą stać, i w finale „Łupu” ta linia rysuje się zaskakująco jasno. ​

Klimat, akcja i tempo

Carnahan miesza gęsty policyjny dramat z dynamiczną akcją: przesłuchania, podejrzliwe spojrzenia w komisariacie, a potem krótkie, brutalne wybuchy przemocy na ulicach Miami. Strzelaniny są mocne, ale nie przesłaniają tego, co najważniejsze: decyzji bohaterów, które mają ciężar większy niż kolejne wybuchy, bo w grę wchodzi i życie, i własne sumienie. ​

Tempo bywa nierówne – środek trochę się wlecze, a film potrafi łopatologicznie tłumaczyć swoje tezy. Ale kiedy historia skupia się na Damonie i Afflecku, na ich lojalności i wątpliwościach, „Łup” działa jak rasowy, gęsty thriller o tym, że największa walka nie toczy się z kartelem, tylko z własną słabością. ​

Optymistyczne serce „Łupu”

Najciekawsze w „Łupie” jest to, że pod całym brudem, przemocą i cynizmem systemu kryje się zaskakująco jasne, niemal komiksowe przesłanie. Film mówi wprost: tak, świat jest popsuty, tak, pokus jest mnóstwo, ale odpowiedź na „czy my to ci dobrzy…?” może nadal brzmieć „tak i zawsze nimi będziemy” – o ile ktoś ma odwagę tę odpowiedź wypowiedzieć i według niej działać. ​

To bardzo hollywoodzkie, bardzo komiksowe i bardzo potrzebne w kinie, które często kończy się czystym nihilizmem. „Łup” zostawia widza z poczuciem, że nawet jeśli instytucje zawodzą, pojedynczy ludzie wciąż mogą wybrać bycie „tym dobrym”, nawet gdy nikt nie patrzy – i właśnie dlatego ten film ma w sobie więcej nadziei, niż sugeruje jego mroczny plakat. Ma to swoją wymowę wartości, zwłaszcza gdy w naszym świecie (w trzeciej dekadzie XXI wieku !) światowymi mocarstwami rządzą moralne zera. ​

Literatura i źródła