Wyobraźmy sobie taką scenę. Letni wieczór, Mazury albo Kaszuby, dokładne miejsce nie ma znaczenia. Na leśnej polanie, w kręgu pochodni, kilkadziesiąt osób w lnianych szatach. Ognisko. Mężczyzna, którego tu nazywają żercą (to taki kapłan), wrzuca w płomienie kawałek chleba i leje miód. Modli się do Peruna, pana gromu. Ktoś gra na fujarkach. Ktoś bije w bęben. Ogień strzela iskrami, obecni odpowiadają chórem. Nie, to nie jest plan filmowy i nie festyn średniowieczny. Ci ludzie naprawdę w to wierzą.

W styczniu 2024 roku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji wpisało do rejestru kościołów Związek Wyznaniowy Rodzimowierców Polskich „Ród", piąty oficjalnie uznany związek wyznaniowy o charakterze rodzimowierczym w Polsce, wspólnotę, która czci nie Chrystusa, lecz Peruna, Welesa, Mokosz i Swaroga. Wydarzenie przeszło przez media prawie bez echa, co w sumie szkoda. Bo za tym urzędniczym aktem kryje się historia ludzi, którzy od ponad stu lat szukają odpowiedzi na jedno z ciekawszych pytań o polską tożsamość: kim byliśmy, zanim zostaliśmy chrześcijanami?

Poganie, którzy nie chcą być poganami

Zacznijmy od nazwy, bo jest w niej więcej niż się wydaje. „Neopogaństwo słowiańskie" — tak to zjawisko określają media, część badaczy i postronni obserwatorzy. Sami zainteresowani tego terminu z reguły nie znoszą. „Pogaństwo" pochodzi od łacińskiego paganus, co oznaczało po prostu wieśniaka — i od początku miało w chrześcijańskim użyciu posmak pogardy. Nałożenie przedrostka „neo-" sugeruje z kolei coś sztucznego, wymyślonego na nowo.

Wyznawcy mówią o sobie „rodzimowiercy", wyznawcy wiary rodzimej. Termin stosunkowo świeży, upowszechnił się na przełomie XX i XXI wieku i jest konstruktem celowym: „wiara" jako system przekonań plus „rodzima", zakorzeniona w ziemi przodków. Nie importowana. Nie narzucona. Nasza. Cały program ideowy zmieścił się w jednym słowie.

Ale czym właściwie jest ta wiara — to pytanie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Papieża nie ma. Katechizmu nie ma. Żaden sobór nie uchwalił dogmatów, bo nie było żadnego soboru. Socjolożka religii Kaarina Aitamurto trafnie zauważyła, że to ruch na tyle wewnętrznie zróżnicowany, iż trudno mówić o jednej religii — raczej o szerokim parasolu, pod którym mieści się wiele różnych form duchowości, połączonych wspólnym odwołaniem do przedchrześcijańskich tradycji słowiańskich.

Układanka ze zbyt wieloma brakującymi puzzlami

Żeby zrozumieć zasadniczy problem rodzimowierstwa, trzeba cofnąć się o tysiąc lat i uświadomić sobie coś, o czym rzadko myślimy: wiemy o religii dawnych Słowian zadziwiająco mało. Starożytni Grecy i Rzymianie zostawili po sobie biblioteki tekstów o swoich bogach. Nordycka mitologia przetrwała w Eddach. A Słowianie? Nie stworzyli przed chrystianizacją własnego pisma, więc nie zostawili żadnych tekstów z pierwszej ręki.

To, co wiemy, pochodzi niemal wyłącznie od ich wrogów. Kronikarz Thietmar z Merseburga opisywał w XI wieku świątynie Słowian połabskich z pozycji chrześcijańskiego biskupa, dla którego pogańskie obrzędy były obrzydliwością. Sakson Gramatyk, Duńczyk, zostawił nam sugestywny opis czterotwarzowego posągu Światowida (Świętowita) w świątyni na Arkonie, wyspie Rugii. Tyle że pisał to przy okazji relacji z duńskiego podboju, który tę świątynię zrównał z ziemią. Helmold z Bozowa? Misjonarz. Patrzył na Słowian jak na ludzi, których trzeba nawrócić, najlepiej szybko.

Oprócz kronik są jeszcze wykopaliska: fundamenty świątyń, rzeźby kultowe (najsłynniejsza to kamienny Światowid wyłowiony z rzeki Zbrucz na Podolu, XIX wiek), przedmioty rytualne. Jest też folklor, zbierany od XVIII wieku: obrzędy, pieśni, przesądy, zwyczaje, w których badacze dostrzegają echa pogańskiej przeszłości. Oczywiście już mocno przemieszane z chrześcijańską naleciałością.

Z tych strzępów współcześni rodzimowiercy próbują poskładać spójny obraz dawnej wiary. Poważniejsi badacze-praktycy robią to z imponującą dyscypliną — siedzą w archiwach, konsultują się z archeologami, wyciągają wnioski z porównywania wersji tego samego mitu u Słowian zachodnich, wschodnich i południowych. Na Ogólnopolskim Zjeździe Rodzimowierczym w 2013 roku dyskusje o szczegółach liturgicznych potrafiły trwać godzinami, z odwoływaniem się do konkretnych stron konkretnych kronik. Ale obok tych rzetelnych rekonstruktorów działają też środowiska, które z luk w źródłach uczyniły sobie zaletę — bo lukę można wypełnić czymkolwiek. W tym pseudohistorycznymi fantazjami, o których za chwilę.

Światowid – czterotwarzowe bóstwo słowiańskie, wizualizacja poglądowa
Światowid – czterotwarzowe bóstwo związane z kultem wojny, urodzaju i opieki nad wspólnotą.
Wizualizacja AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0

Romantyzm otwiera drzwi

Mało kto o tym pamięta, ale pierwszym Polakiem, który na poważnie zainteresował się pogańskimi Słowianami, nie był żaden kapłan natury. Był nim Zorian Dołęga-Chodakowski — szlachcic z Mińszczyzny, naprawdę nazywający się Adam Czarnocki — który na początku XIX wieku chodził po wsiach i zapisywał nazwy rzek, pagórków i uroczysk, szukając w nich śladów dawnych bogów. Typowy romantyk: pół szaleniec, pół wizjoner.

Epoka romantyzmu w ogóle otworzyła drzwi do świata, w którym przedchrześcijańska przeszłość Słowian mogła stać się czymś godnym podziwu zamiast ciemnym okresem barbarzyństwa.

Kiedy Mickiewicz pisał Dziady, sięgając po ludową obrzędowość cmentarnych uczt ku czci zmarłych, nie zamierzał oczywiście zakładać nowej religii. Ale — świadomie lub nie — legitymizował pogańską przeszłość jako coś wartościowego, a nie tylko wstydliwego. Słowacki w Królu-Duchu poszedł jeszcze dalej, kreśląc mityczną wizję polskich dziejów osadzoną głęboko w pogańskiej kosmologii.

Romantycy patrzyli na pogańską Słowiańszczyznę oczami poetów, nie kapłanów. Ale stworzyli grunt, na którym sto lat później mogły wyrosnąć bardziej konkretne projekty. Nie tylko artystyczne, lecz i duchowe.

Stoigniew z Kowla, czyli jak filozof chciał zburzyć kościoły

Historia Jana Stachniuka czyta się jak scenariusz filmu, którego nikt nigdy nie nakręcił. Kowel na Wołyniu, rok 1905, robotnicza rodzina polsko-ukraińska. Chłopak dorasta w świecie, w którym odrodzona Polska zmagała się z biedą, podziałami i politycznym chaosem. Już jako dziesięciolatek (jak sam wspominał) skierował swój bunt przeciwko chrześcijaństwu. Po studiach handlowych w Poznaniu sformułował jedną z najradykalniejszych diagnoz polskiej kultury, jakie kiedykolwiek powstały.

Jego teza, w uproszczeniu, wyglądała tak: Polska jest zacofana, bierna i niezdolna do twórczego czynu. A winien temu katolicyzm, który od tysiąca lat tłumi wrodzoną dynamikę Słowian i zastępuje ją kultem cierpienia, posłuszeństwa i ucieczki od świata. Co z tym zrobić? Wrócić do przedchrześcijańskiego, słowiańskiego etosu. Nie chodzi o rekonstrukcję obrzędów, podkreślał Stachniuk, lecz o fundament zupełnie nowej, twórczej kultury. Tę koncepcję nazwał „kulturalizmem".

W 1937 roku Stachniuk — posługujący się słowiańskim imieniem Stoigniew — zaczął wydawać w Warszawie miesięcznik „Zadruga" (od południowosłowiańskiej nazwy wspólnoty rodowej). Wokół pisma zebrał grupę kilkuset zwolenników. Wśród nich był Stanisław Szukalski — genialny i ekscentryczny rzeźbiarz, twórca „zermatyzmu", sam na swój sposób opętany słowiańską przeszłością. Była Janina Kłopocka, artystka plastyczka, współtwórczyni wizualnej tożsamości ruchu, któremu za symbol służył Toporzeł (obusieczny topór z głową orła). Był Antoni Wacyk, który po wojnie kontynuował pisanie o kulturalizmie aż do późnej starości.

Zadruga nigdy nie stała się ruchem masowym — w katolickim społeczeństwie międzywojennej Polski nacjonalizm połączony z jawnym antychrześcijaństwem pozostawał politycznym marginesem. Ale Stachniuk pisał z takim intelektualnym rozmachem, że jego teksty (Dzieje bez dziejów, Człowieczeństwo i kultura, Mit słowiański) czytane są w pewnych kręgach do dziś.

Jego osobisty los był tragiczny. W czasie wojny walczył w AK, został ranny w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie usiłował współpracować z nowym ustrojem, ale stalinowskie władze aresztowały go w 1949 roku i skazały na śmierć w procesie politycznym. Wyroku nie wykonano, lecz po wyjściu z więzienia w 1955 roku Stachniuk był fizycznie i psychicznie złamany. Zmarł w zapomnieniu w 1963 roku. Dopiero w III Rzeczypospolitej jego pisma doczekały się ponownych wydań — i gorących sporów o to, jak je interpretować.

Bo Stachniuk to postać, przy której rodzimowiercy muszą stanąć w rozkroku. Intelektualny prekursor, owszem. Jedyny polski myśliciel XX wieku, który podjął tak radykalną próbę zbudowania niechrześcijańskiej wizji polskości. Ale jednocześnie ideolog, w którego pismach pojawiają się wątki totalitarne, antysemickie, szowinistyczne. Współcześni rodzimowiercy, przynajmniej ci z głównego nurtu, wolą eksponować „kulturalizm", a zamiatać pod dywan to, czego w tekstach Stachniuka lepiej nie cytować na głos.

Trzecia Rzeczpospolita: rejestracja, gromady, zjazdy

Prawdziwy rozkwit nastąpił dopiero po 1989 roku. Co jest o tyle dziwne, że PRL, choć oficjalnie ateistyczny, dla neopogan nic specjalnego nie zrobił. Komunistyczne represje celowały w Kościół katolicki, nie w garstki ludzi odprawiających obrzędy w prywatnych mieszkaniach. Nieliczni kontynuatorzy przedwojennych ruchów — spadkobiercy Władysława Kołodzieja, lidera Koła Czcicieli Światowida — działali w takiej konspiracji, że praktycznie nie istnieli.

Przełom roku 1989 zmienił wszystko. Nagle można było zarejestrować związek wyznaniowy, wydrukować książkę, wynająć salę na zebranie — bez pytania o zgodę cenzora. W połowie lat 90. rodzimowiercy skorzystali z tej szansy błyskawicznie: w 1995 roku zarejestrowano Rodzimy Kościół Polski, rok później Zrzeszenie Rodzimej Wiary, powstał też Polski Kościół Słowiański. Nazwy brzmiały poważnie, ale za każdą z nich stała garstka zapaleńców, którzy dopiero uczyli się, jak prowadzić formalny związek wyznaniowy, pisać statuty i negocjować z urzędnikami.

W kolejnych latach ruch rósł organicznie. Powstawały gromady — tak rodzimowiercy nazywają lokalne wspólnoty obrzędowe — w różnych miastach i regionach.

Kluczowym momentem w samoorganizacji ruchu był I Ogólnopolski Zjazd Rodzimowierczy w 2013 roku. Dwa lata później, na kolejnym zjeździe, powołano Konfederację Rodzimowierczą, która zaczęła pełnić rolę reprezentacji środowiska wobec świata zewnętrznego. A w 2017 roku garstka entuzjastów z różnych regionów Polski spotkała się w Owidzu koło Starogardu Gdańskiego, by powołać Związek Wyznaniowy Rodzimowierców Polskich „Ród". Minęło siedem lat, zanim udało im się spełnić biurokratyczne wymagania (zebrać minimum sto podpisów, dostarczyć opis doktryny i obrzędowości, przygotować statut) i uzyskać upragniony wpis do rejestru.

A ilu ich właściwie jest? Badacz Scott Simpson szacował w 2024 roku liczbę aktywnych, regularnie praktykujących rodzimowierców na około 3500. Tyle co mieszkańców Kazimierza Dolnego.

Ale to twarde jądro. Wokół niego krąży znacznie szersze grono: ludzie, którzy przyjeżdżają na Kupałę raz w roku, czytają o słowiańskiej mitologii, trzymają na półce figurkę Peruna — i mówią, że to „ich temat". Jak policzyć kogoś, kto nie praktykuje, ale czuje?

Bogowie wracają — panteon słowiański

Spróbujmy teraz zajrzeć w samo serce tej wiary. W kogo wierzą rodzimowiercy?

Odpowiedź zależy od wspólnoty, bo (powtórzmy to po raz trzeci — to ważne) żadnego centralnego katechizmu nie ma. Pewien zestaw postaci pojawia się jednak niemal wszędzie. Numer jeden to Perun, władca gromu i błyskawic. Już w VI wieku kronikarz Prokopiusz z Cezarei odnotował, że Słowianie czczą boga pioruna jako pana wszechrzeczy. Odpowiednik nordyckiego Thora i bałtyjskiego Perkunasa. Bóg porządku, siły, sprawiedliwości. Jego drzewo to dąb, broń — topór lub piorun. Jemu składano ofiary przed bitwą, w czasie burzy, na progu ważnych decyzji. Typowy „bóg ojcowski", jeśli takie porównanie jest uprawnione.

Odwiecznym rywalem Peruna jest Weles (Wołos), bóg świata podziemnego, opiekun bydła, bogactwa i wiedzy tajemnej. Ich kosmiczny konflikt to jeden z niewielu mitów, które badacze rekonstruują z pewną dozą pewności: Perun na szczycie Drzewa Świata, Weles wśród jego korzeni. Porządek kontra chaos, niebo kontra ziemia. Ale uwaga: Weles nie jest słowiańskim szatanem. W tym systemie ciemność to nie zło. To raczej druga strona medalu, bez której pierwsza nie miałaby sensu.

Dalej jest Swaróg, bóg nieba i boski kowal, ojciec Swarożyca (ognia) i Dadźboga (słońca). Jest Mokosz, jedna z nielicznych bóstw żeńskich dobrze poświadczonych w źródłach, opiekunka kobiet, płodności i tkactwa, czczona szczególnie na wschodzie Słowiańszczyzny. I jest Światowid (Świętowit), pan urodzaju i wojny, znany z tej sławnej czterotwarzowej figury z Arkony, zniszczonej przez Duńczyków w 1168 roku. To z grubsza tyle, jeśli chodzi o „pierwszy garnitur". Ale panteon jest otwarty i w różnych wspólnotach różni bogowie wysuwają się na czoło.

Ale bogowie to dopiero początek. Świat rodzimowierców roi się od istot pomniejszych: domowiki strzegą ogniska domowego, lesze panują nad lasem, rusałki zamieszkują wody, skrzaty pilnują skarbów. Kto dorastał w Polsce, zna te postacie z bajek, nawet jeśli nie łączy ich z żadną religią. I przede wszystkim — duchy przodków. Im należy się cześć, pamięć i rytualna uczta. „Póki pamiętamy, póty żyjemy" mówią rodzimowiercy; to zdanie pełni u nich funkcję niemal wyznania wiary.

Co ważne, grzechu pierworodnego w tym systemie nie ma. Piekła zresztą też nie. Nie trzeba nikogo „zbawiać" w chrześcijańskim rozumieniu. Każdy odpowiada za swoje czyny: przed bogami, przed sumieniem, przed wspólnotą. Szlachetny czyn buduje chwałę rodu. Podły? Hańba, która ciąży na pamięci pokoleń. A co po śmierci? Tu rodzimowiercy rozkładają ręce i mówią, że nie wiedzą. Za progiem rozciąga się tajemnica i raczej nie zamierzają udawać, że mają mapę zaświatów.

Rok wśród rodzimowierców — od Godów po Kupałę

Jak wygląda rok takiego rodzimowiercy? W sumie zaskakująco znajomo.

Wszystko zaczyna się w grudniu, przy Szczodrych Godach — święcie zimowego przesilenia, które rodzimowiercy uważają za początek nowego roku słonecznego. Szczodry Wieczór — lokowany przez jedne wspólnoty na noc przesilenia zimowego (21–22 XII), przez inne na wigilię 24 grudnia — to czas, gdy na stole pojawia się dwanaście potraw, po jednej na każdy miesiąc. Pod obrusem kładzie się siano, z którego goście losują słomki: długa i gruba wróży dobry rok, krótka i skręcona to kłopoty. W kącie stoi snop żyta zwany diduchem, przystrojony suszonymi jabłkami i orzechami; to z jego ziaren wiosną rozpocznie się siew. Na stole jedno nakrycie czeka puste, zarezerwowane dla ducha przodka.

No i teraz proszę powiedzieć, że to nie brzmi jak opis polskiej Wigilii. Bo brzmi. Siano pod obrusem, pusty talerz, łamanie się chlebem (zanim pojawił się opłatek), kolędowanie od domu do domu — to wszystko jest starsze od chrześcijaństwa na ziemiach polskich, i to grubo starsze. Na Śląsku i Podhalu zamiast choinki (która przywędrowała z Niemiec dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku) wieszano pod sufitem podłaźniczkę — gałąź jodły czy świerku, dekorowaną jabłkami, orzechami i kolorowymi wstążkami. Moja babcia ze Żywiecczyzny jeszcze pamiętała, jak sąsiedzi to robili, choć sama już stawiała choinkę. Ale to temat na osobny artykuł.

Wiosna przynosi Jare Gody, święto równonocy wiosennej, czas topienia Marzanny. Ten obrzęd (wykonanie kukły symbolizującej zimę i puszczenie jej z nurtem rzeki albo spalenie) jest jednym z nielicznych pogańskich rytuałów, które przetrwały w polskiej kulturze ludowej niemal w niezmienionej formie, obchodzone do dziś przez dzieci szkolne, które pewnie nie zdają sobie sprawy, że biorą udział w ceremonii sięgającej co najmniej kilkuset, a może kilku tysięcy lat.

Kulminacja lata to Noc Kupały (Sobótka), przesilenie letnie, najkrótsza noc w roku. Święto ognia i wody: skacze się przez ognisko dla oczyszczenia, puszcza wianki na wodę (dziewczęta wróżyły z nich o przyszłym mężu), a odważni wyruszali w las szukać mitycznego kwiatu paproci, który kwitnie ponoć tylko tej jednej nocy. Gdzie tu religia, gdzie folklor, gdzie zabawa? Granice płynne, i to chyba o to chodzi. Ciekawostka etymologiczna: „kupała" nie pochodzi od żadnego bóstwa imieniem Kupała (taka postać najpewniej nigdy nie istniała), lecz od słowiańskiego rdzenia oznaczającego gromadę. Kupała to święto gromadne — noc spędzana razem.

Jesienią przychodzą Dożynki (podziękowanie za zbiory, wieniec dożynkowy z ostatnich kłosów) i Dziady. Tak, te Dziady. Mickiewicz ich nie wymyślił, wziął wprost z żywej tradycji ludowej Litwy i Białorusi. Rozpalano ognie na cmentarzach, wystawiano posiłki dla umarłych, zapraszano dusze na wspólną ucztę. Na Podlasiu i Polesiu takie zwyczaje praktykowano jeszcze w XX wieku.

Obrzędom przewodniczy żerca (od prasłowiańskiego žьrьcь, „ten, kto składa ofiarę"). Do ognia idą chleb, kasza, miód, piwo. Ofiary roślinne, nie krwawe. Potem biesiada, często do rana. Strona Rodzimego Kościoła Polskiego podsumowuje to lakonicznie: większość rodzimych słowiańskich świąt cechuje radość życia. Trudno im odmówić racji.

Szczodre Gody – słowiańskie święto przesilenia zimowego, wizualizacja poglądowa
Szczodre Gody – słowiańskie święto przesilenia zimowego, symboliczny czas odrodzenia światła i wspólnoty.
Wizualizacja AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0

Nie tylko Polska — rodzimowierstwo od Łaby po Ural

To nie jest sprawa wyłącznie polska. Daleko nie.

W Rosji ruch rodnovierów (tak nazywają się tamtejsi rodzimowiercy) rozrósł się gwałtownie po upadku ZSRR. Duchowa próżnia po dekadach naukowego ateizmu była ogromna i zapełniło ją co popadnie. Rosyjska wersja rodzimowierstwa jest mocno spolaryzowana: od spokojnych grup rekonstruujących obrzędowość po środowiska otwarcie nacjonalistyczne, łączące kult Peruna z ideologią rasowej supremacji. Badaczka Anna Zaczkowska trafnie nazwała tę drugą tendencję próbą stworzenia mitu o odwiecznej wielkości Słowian, mitu, który ma służyć bardzo współczesnym rosyjskim potrzebom politycznym.

Na Ukrainie sprawy potoczyły się inaczej. Tamtejsze rodzimowierstwo od początku kładło nacisk na odrębność od Rosji. Po 2014 roku, po aneksji Krymu, ten dystans przerodził się w otwartą opozycję. Rosyjskie „braterstwo słowiańskich ludów" okazało się hasłem do inwazji i ukraińscy rodzimowiercy nie zamierzali mieć z nim nic wspólnego. Można powiedzieć, że geopolityka weszła im do świątyni butem.

Na poziomie międzynarodowym rodzimowiercy słowiańscy od końca lat 90. współtworzą struktury łączące wyznawców religii etnicznych z całego świata. W 1998 roku w Wilnie powstał Światowy Kongres Religii Etnicznych (przekształcony później w Europejski Kongres Religii Etnicznych) — organizacja, w której obok słowiańskich rodzimowierców zasiadają przedstawiciele bałtyjskiej Romuvii, nordyckiego Ásatrú i innych neopogańskich tradycji.

Rodzimowiercy kontra turbosłowianie — spór o autentyczność

Wpisz w Google „słowiańskie wierzenia" i zobacz, co wypadnie. Połowa wyników to solidne artykuły historyczne. Druga połowa to strony, na których dowiesz się, że Słowianie wynaleźli pismo na trzy tysiące lat przed Grekami. Witamy w świecie, w którym poważna religia sąsiaduje z internetową fantasmagorią — i nie zawsze wiadomo, gdzie przebiega granica.

Są w tym ruchu ludzie, którzy od lat ślęczą nad źródłami, jeżdżą na obrzędy w deszcz i mróz, budują wspólnoty — i traktują swoją wiarę śmiertelnie poważnie. Tyle że obok nich, korzystając z tych samych hashtagów, poruszają się „turbosłowianie". To osoby, dla których Perun to motyw na koszulkę, swarzyca to fajny tatuaż, a „słowiańskość" to element tożsamościowego stylu życia łatwego do zamanifestowania w mediach społecznościowych.

W wersji łagodnej turbosłowiańszczyzna to nieszkodliwe hobby — koszulki z runami, wiklinowe wianki na Instagramie. Nic złego.

W wersji mniej łagodnej to coś gorszego: propagowanie pseudohistorycznych fantazji o tym, że Słowianie zbudowali piramidy, że alfabet słowiański istniał tysiące lat przed Cyrylem i Metodym albo że starożytni Grecy w istocie byli Słowianami. Wystarczy pół godziny na odpowiednich forach internetowych, żeby natknąć się na dziesiątki takich „rewelacji", podanych z grafiką godną profesjonalnego wydawnictwa i z bibliografią, w której co trzecia pozycja nie istnieje. Internet rozsiewa te treści z prędkością, z którą żaden historyk nie nadąża prostować.

Rodzimowiercy z reguły dystansują się od tego zjawiska. Jak pisał pewien publicysta na portalu Duchtynia, różnica między autentycznym obrzędem a inscenizacją środowisk pseudozadrużnych jest taka, jak między szczerą modlitwą a odczytywaniem cytatów przy blasku pochodni i swarzycy. Bycie rodzimowiercą, argumentują, wymaga wiedzy, pokory wobec źródeł i zaangażowania wspólnotowego, a nie tylko noszenia amuletu z toporem Peruna.

Osobna sprawa: polityka. Część wspólnot jest deklaratywnie apolityczna. Inne mieszają obrzędy z nacjonalizmem, i tu zaczyna się problem. Nacjonalistyczne Stowarzyszenie Zadruga, odwołujące się do Stachniuka, hałasuje w internecie, organizuje marsze, mówi o „aryjskich korzeniach". Większość środowiska rodzimowierczego traktuje je jak piąte koło u wozu — organizację czysto polityczną, która przywdziewa rodzimowierczą szatę, bo tak wygodniej.

Religia czy tradycja wynaleziona? — co mówi nauka

Przez lata nauka wolała nie dotykać rodzimowierstwa. Zbyt małe, zbyt dziwne, zbyt politycznie kłopotliwe. Sytuacja zmieniła się dopiero niedawno. W 2025 roku ukazała się pierwsza w Polsce tak obszerna monografia na ten temat: Polskie rodzimowierstwo. Dziedzictwo przedchrześcijańskich Słowian w świecie późnej nowoczesności autorstwa prof. Piotra Grochowskiego z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Grochowski, etnograf, który latami prowadził badania terenowe wśród rodzimowierców, dochodzi do wniosku, że rodzimowierstwo można uznawać za religię.

Nie wszyscy badacze podzielają ten entuzjazm. Rosyjski historyk Viktor Schnirelmann stawia sprawę ostro: to żadna odbudowa dawnej wiary, tylko konstrukcja współczesnych miejskich intelektualistów, którzy selektywnie dobierają fragmenty dawnych wierzeń pod gotową tezę. „Tradycja wynaleziona" — tak to nazwał, sięgając po pojęcie historyka Erica Hobsbawma, który ukuł ten termin dla praktyk udających stare, choć są całkiem nowe. Ocena surowa, ale nie bezpodstawna.

Badacz Scott Simpson, który zjadł zęby na polskim rodzimowierstwie, zwraca uwagę na coś pozornie oczywistego. Dawny Słowianin nie „wybierał" swojej religii — żył w niej, jak ryba w wodzie. Wierzenia były częścią siewu, żniw, narodzin, śmierci. Współczesny rodzimowierca żyje w zupełnie innym świecie: miejskim, cyfrowym, zglobalizowanym. Podejmuje świadomą decyzję, by praktykować religię, która odróżnia go od otoczenia. Nawet jeśli treść wierzeń jest zbliżona, samo doświadczenie religijne jest fundamentalnie inne.

Z tego nie wynika, że rodzimowierstwo jest „fałszywe". Religioznawczyni Joanna Malita-Król z Uniwersytetu Jagiellońskiego odwraca pytanie. Podkreśla, że poważni rodzimowiercy rekonstruują swoje praktyki na podstawie kronik, wykopalisk, materiałów etnograficznych. Robią więc dokładnie to, co robi nauka: interpretują dane najlepiej, jak potrafią. Z tą różnicą, że zamiast pisać artykuły naukowe, odprawiają na tej podstawie obrzędy. Gdy się nad tym zastanowić, jest w tym pewna logika.

Problematyczne zapisy historyczne dotyczące wierzeń Słowian – wizualizacja poglądowa
Problematyczne zapisy historyczne – rekonstrukcja wyobrażeń o dawnych wierzeniach Słowian oparta na fragmentarycznych źródłach kronikarskich.
Wizualizacja AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0

Co z tego wyniknie? — pytania na przyszłość

Rodzimowierstwo stoi na rozdrożu, choć w przypadku tak małego i zdecentralizowanego ruchu „rozdrożem" jest właściwie każdy dzień.

Największa pułapka to źródła. Przy tak skąpej bazie materiałowej pokusa uzupełniania luk fantazją jest ogromna. Najbardziej jaskrawy przykład: Księga Welesa, tekst, który pretenduje do roli oryginalnego źródła religii słowiańskiej, a którego badacze niemal jednogłośnie identyfikują jako XX-wieczny falsyfikat. Zdolność ruchu do odrzucania takich pokus będzie testem jego dojrzałości.

Kwestia relacji z katolicyzmem też nie daje o sobie zapomnieć. Dla jednych rodzimowierców chrystianizacja to przemocowa katastrofa. Dla innych — wiele polskich tradycji ludowych jest tak głęboko synkretycznych, że sztywne rozdzielanie „pogaństwa" od „chrześcijaństwa" nie ma większego sensu. Siano pod wigilijnym obrusem jest starsze od Bożego Narodzenia — i jakoś nikogo to nie gorszy.

No i popkultura. Fenomen Wiedźmina, moda na słowiańskie tatuaże, gry komputerowe inspirowane mitologią — to zwiększa widoczność tematu, ale niesie ryzyko spłycenia. Religia, która przez tysiąc lat istniała w utajeniu, musi teraz jakoś wytrzymać zderzenie ze stolikami w galeriach handlowych, na których leżą topory Peruna za 29,99 zł.

I wreszcie to pytanie, które nie daje spokoju: powrót do wiary przodków czy religia na nowo wymyślona? Szczerze? Pewnie bardziej to drugie. Nie da się odtworzyć wiary sprzed tysiąca lat w jej oryginalnej formie, kiedy nie zachował się nawet jeden tekst napisany ręką osoby, która tę wiarę wyznawała. Zbyt wiele źródeł zaginęło. Świat jest zbyt inny.

Ale „wymyślona" nie musi znaczyć „nieprawdziwa". Każda religia ma swój moment, w którym ktoś ją formułuje, zapisuje, nadaje kształt. Rodzimowiercy robią to otwarcie, nie ukrywając, że rekonstruują. I ta wytrwała, czasem nieporadna, czasem imponująca próba nawiązania rozmowy z duchowością przodków w warunkach XXI wieku zasługuje na coś więcej niż pobłażliwy uśmiech.

Kilka tysięcy Polaków nie czeka na naszą aprobatę. Stoją przy ognisku w letnią noc, wrzucają w płomienie chleb, mówią „Sławia!" i przeżywają coś, co uważają za spotkanie z sacrum. Pewnie nie jest to ta sama wiara, którą żywili ich przodkowie sprzed dziesięciu stuleci. Ale jest ich — i na swój sposób jest żywa.

Literatura i żródła