Gdzieś na pustyni Karakum, w jednym z najbardziej izolowanych państw świata, ziemia otworzyła się jak wrota do innego wymiaru. Z ogromnej dziury buchają płomienie, a nocą niebo nad horyzontem świeci pomarańczową łuną widoczną z odległości wielu kilometrów. Miejscowi nazywają to po prostu: Wrota Piekieł.

Oficjalnie Turkmenistan nadał temu miejscu nazwę Garagum ýalkymy — Blask Karakum. Ale żadna marketingowa kosmetyka nie jest w stanie przykryć historii, która za tym stoi: historii radzieckiego błędu, który miał zostać naprawiony w kilka dni, a trwa już ponad pół wieku.

Kraj za zamkniętymi drzwiami

Żeby zrozumieć, dlaczego krater Derweze przez dekady pozostawał poza radarem światowej opinii publicznej, wystarczy przyjrzeć się krajowi, w którym się znajduje. Turkmenistan to państwo w Azji Środkowej, zajmujące obszar nieco większy od Polski, z którego niemal 70 procent pokrywa pustynia Karakum. Jedno z najbardziej zamkniętych i autorytarnych państw świata — porównywane niekiedy z Koreą Północną pod względem kontroli informacji.

Po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 roku kraj trafił pod rządy Saparmyrata Nyýazowa, który przyjął tytuł Türkmenbaşy — „ojca wszystkich Turkmenów" — i budował wokół siebie absurdalny kult jednostki. Po jego śmierci w 2006 roku władzę przejął Gurbanguly Berdimuhamedow, a następnie, w 2022 roku, przekazał fotel prezydencki swojemu synowi Serdarowi. Turkmenistan od lat prowadzi politykę drastycznego ograniczania turystyki i kontaktów z zagranicą, choć jednocześnie dysponuje czwartymi co do wielkości potwierdzonymi zasobami gazu ziemnego na świecie — po Rosji, Iranie i Katarze — szacowanymi na około 13,6 biliona metrów sześciennych.

Gaz ziemny to największe bogactwo Turkmenistanu — ale też źródło wielu jego problemów. A krater Derweze jest tego najdosłowniejszą ilustracją.

Warto dodać, że sama wioska Derweze — od której krater wziął nazwę — praktycznie już nie istnieje. W 2004 roku prezydent Nyýazow nakazał przymusowe przesiedlenie jej mieszkańców, uznawszy osadę za „szpecącą okolicę". Według relacji mieszkańcom dano zaledwie godzinę na spakowanie dobytku. Dziś garstka przesiedleńców żyje na obrzeżach pustyni, a wielu z nich utrzymuje się z turystyki związanej z kraterem, który zniszczył ich dawny dom.

Wypadek, który wymknął się spod kontroli

Rok 1971. Turkmeńska Socjalistyczna Republika Radziecka, pustynia Karakum, okolice wioski Derweze, około 260 kilometrów na północ od Aszchabadu. Radzieccy geolodzy prowadzą odwierty poszukiwawcze w ramach eksploracji złóż węglowodorów w basenie Amu-darii — rozległej prowincji gazowo-naftowej ciągnącej się przez Turkmenistan i Uzbekistan. Szukają ropy, a trafiają na coś innego: podziemną kawernę wypełnioną gazem ziemnym w obrębie struktury geologicznej zwanej Czaldżulba, należącej do grupy złóż Zeagli-Derweze.

Zapadnięcie się gruntu pod wiertnią gazową na pustyni Karakum
Zapadnięcie się gruntu pod wiertnią gazową na pustyni Karakum.
Ilustracja poglądowa AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0

Nagle grunt pod wiertnicą, razem z ciężkim sprzętem, zapada się pod ziemię. Powstaje lej o średnicy od 60 do 70 metrów i głębokości szacowanej na około 30 metrów. Nikt nie ginie, ale z otchłani zaczyna uchodzić metan — gaz łatwopalny i wybuchowy, a w dużych stężeniach duszący, bo wypiera tlen z powietrza. Geolodzy stają przed dylematem: gaz ulatnia się do atmosfery, stwarzając zagrożenie dla mieszkańców pobliskiej wioski i dla zwierząt hodowlanych. Podejmują decyzję, która wydaje się wówczas jedynym sensownym wyjściem — podpalają gaz. Zakładają, że wypali się w ciągu kilku dni, najwyżej tygodni.

Minęło ponad pięćdziesiąt lat, a ogień wciąż tam jest.

A raczej — był tam jeszcze niedawno w pełnej krasie, choć w ostatnich miesiącach sytuacja zaczęła się zmieniać. Ale o tym za chwilę.

Zagadka chronologii

Historia krateru Derweze jest — jak wiele rzeczy w Turkmenistanie — owiana tajemnicą. Najczęściej powtarzana wersja wydarzeń mówi o roku 1971. Ale nie jest jedyna.

Niektórzy turkmeńscy geolodzy, z którymi rozmawiał między innymi kanadyjski eksplorator George Kourounis, twierdzą, że do zapadnięcia gruntu doszło już w latach sześćdziesiątych XX wieku. Według tej wersji krater przez lata bulgotał błotem i gazem, a podpalono go dopiero w latach osiemdziesiątych — być może po to, by pozbyć się zagrożenia dla okolicznych mieszkańców.

Jeszcze inni opowiadają o granacie wrzuconym do krateru, o zapałce, a nawet o pijanym rolniku, który wjechał do dziury traktorem. Wersji jest tyle, ile informatorów, a żadnej nie sposób jednoznacznie zweryfikować. Turkmenistan od lat pozostaje krajem szczelnie zamkniętym, a radzieckie archiwa dotyczące tego incydentu — o ile w ogóle przetrwały — są niedostępne. Jak ujął to sam Kourounis w rozmowie z CNN: „Jest mnóstwo kontrowersji, mnóstwo sprzecznych wersji tego, jak to się zaczęło".

Jedno jest pewne: niezależnie od dokładnej daty powstania, krater płonie nieprzerwanie od dekad.

Dlaczego płonie tak długo?

Mechanizm jest prosty, ale skala — trudna do ogarnięcia. Krater Derweze znajduje się nad jednym z największych złóż gazu ziemnego na świecie. To nie jest zwykła kieszeń gazowa, którą można opróżnić w kilka miesięcy. To gigantyczny podziemny zbiornik zasilany przez rozległy system złóż, z których gaz napływa pod ciśnieniem przez szczeliny i porowate skały — nieprzerwanie od dekad.

Warto uzmysłowić sobie skalę. Na dnie i ścianach krateru płoną setki indywidualnych ognisk — niektóre niewielkie jak świeca, inne tworzące kolumny ognia sięgające kilkunastu metrów. Łącznie krater spala, według różnych szacunków, od trzydziestu do sześćdziesięciu tysięcy metrów sześciennych gazu ziemnego dziennie, czyli od dziesięciu do dwudziestu milionów metrów sześciennych rocznie. W zestawieniu z potwierdzonymi zasobami Turkmenistanu — ponad trzynaście bilionów metrów sześciennych — to ułamek procenta. Ale ułamek, który płonie nieprzerwanie.

Jak tłumaczył Mark Ireland, wykładowca geonauk energetycznych na Uniwersytecie w Newcastle, w rozmowie z „National Geographic", mając pod sobą tak potężne złoże, nie powinniśmy się dziwić, że takie zjawisko istnieje. Metan (CH₄) jest gazem wysoce palnym — w kontakcie z tlenem i źródłem zapłonu ulega spalaniu, wytwarzając dwutlenek węgla, parę wodną i znaczne ilości ciepła. Dopóki z głębi ziemi napływa gaz, a w kraterze jest tlen — ogień się nie skończy.

Gdyby spróbować to porównać: spalanie gazu w Derweze to jak palenie świeczki postawionej na szybie naftowej. Turkmenistan dysponuje rezerwami wystarczającymi na niemal dwieście lat wydobycia, a krater zużywa z nich maleńki ułamek. Tyle że ten ułamek płonie non stop od ponad pół wieku.

Wyprawa na dno piekła

Przez dekady nikt nie odważył się zejść na dno płonącego krateru. Temperatura wewnątrz sięga setek stopni Celsjusza — pomiary wykazały, że grunt na dnie rozgrzewa się do około 400°C. W październiku 2013 roku wyzwanie podjął Kanadyjczyk George Kourounis — eksplorator, łowca burz i popularyzator nauki, znany z dokumentowania ekstremalnych zjawisk przyrody na całym świecie.

Przygotowania trwały półtora roku. Sama ekspedycja, sfinansowana częściowo przez National Geographic, wymagała nie tylko specjalistycznego wyposażenia, ale przede wszystkim — uzyskania zgody turkmeńskich władz na wjazd do kraju i dostęp do krateru, co okazało się nie mniejszym wyzwaniem niż samo zejście.

Kourounis ubrał się w żaroodporny kombinezon pokryty aluminium, z autonomicznym aparatem oddechowym. Przypięty do uprzęży z kevlaru i lin z technory — materiału stosowanego w misjach NASA na Marsa — opuścił się na dno krateru o głębokości trzydziestu metrów. Spędził tam siedemnaście minut.

Później opisywał to doświadczenie w wywiadzie dla „National Geographic" jako zejście do „koloseum ognia". Wszędzie wokół płonęły tysiące małych ogni, a dźwięk przypominał ryk silnika odrzutowego — potężne, wysokociśnieniowe spalanie gazu. Zaskakujące było to, że nie było dymu — metan spala się wyjątkowo czysto, więc widoczność była doskonała. W pewnym momencie, wspominał Kourounis, musiał po prostu się zatrzymać i wchłonąć widok. Widział swoich kolegów z zespołu na krawędzi krateru, malutkie sylwetki oświetlone płomieniami, i czuł się „bardzo, bardzo mały i bardzo bezbronny".

Ekspedycja George’a Kourounisa badająca krater Derweze
Ekspedycja George’a Kourounisa badająca krater Derweze.
Ilustracja poglądowa AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0

Praca na dnie krateru była ryzykowna w sposób trudny do przewidzenia. Gdy Kourounis klękał, by kopać w piasku małą łopatką i pobierać próbki, z każdej nowo wykopanej dziurki natychmiast wydobywał się ogień — otwierał nowe otwory wentylacyjne gazu samym aktem kopania.

Głównym celem ekspedycji było pobranie próbek gleby z dna krateru dla projektu Extreme Microbiome Project. Wyniki zaskoczyły nawet optymistów. Na dnie krateru, w warunkach skrajnie wrogich życiu, doktor Stefan Green — mikrobiolog uczestniczący w projekcie — odkrył nieznane wcześniej bakterie ekstremofilne, czyli organizmy zdolne do przetrwania w ekstremalnych warunkach. Jak wyjaśnił Green, te mikroorganizmy były wręcz „wzbogacone" przez wysokie temperatury i niski poziom składników odżywczych panujący w kraterze.

To odkrycie wykracza daleko poza biologię. Bakterie zdolne do przeżycia w gorącym, bogatym w metan środowisku mogą dostarczać wskazówek, gdzie szukać życia na planetach o podobnych warunkach — stąd zainteresowanie astrobiologów. W 2018 roku Kourounis otrzymał od Księgi Rekordów Guinnessa oficjalne uznanie jako pierwszy człowiek, który dotarł na dno krateru Derweze.

Ekologiczny paradoks

Poza swoją wartością jako atrakcja turystyczna i geologiczna osobliwość, Wrota Piekieł są też problemem środowiskowym — i to wpisującym się w jedną z najgorętszych debat współczesnej klimatologii: debatę o emisjach metanu z sektora wydobywczego.

Metan, który ulatnia się z krateru, jest gazem cieplarnianym znacznie groźniejszym od dwutlenku węgla. Według najnowszych danych Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), w perspektywie dwudziestu lat jego potencjał cieplarniany jest ponad osiemdziesiąt razy większy niż CO₂. W perspektywie stu lat — wciąż od dwudziestu ośmiu do trzydziestu sześciu razy silniejszy. Oznacza to, że nawet stosunkowo niewielkie wycieki metanu mają nieproporcjonalnie duży wpływ na ocieplenie klimatu.

Tyle że sytuacja nie jest tak jednoznaczna, jak mogłoby się wydawać. Spalanie metanu w kraterze, choć tworzy ten spektakularny widok, jest z punktu widzenia klimatu lepszym rozwiązaniem niż wypuszczanie surowego metanu prosto do atmosfery. Spalanie zamienia metan w dwutlenek węgla i parę wodną — produkty mniej szkodliwe niż sam metan. To typowa w przemyśle wydobywczym praktyka flarowania, stosowana na platformach wiertniczych i w zakładach gazowniczych na całym świecie.

Problem w tym, że w przypadku Derweze flarowanie trwa nie kilka godzin czy dni, lecz ponad pięć dekad — bez żadnej kontroli, bez odzysku energii, bez jakiegokolwiek pożytku. Według szacunków analityków łączna wartość rynkowa gazu spalonego w kraterze od 1971 roku sięga około 300 milionów dolarów. To wciąż ułamek turkmeńskich zasobów, ale symbol marnotrawstwa jest wymowny.

Osobną kwestią jest sam Turkmenistan jako emitent metanu. W lutym 2022 roku europejski satelita TROPOMI zidentyfikował Turkmenistan jako jednego z największych na świecie źródeł wycieków metanu z infrastruktury gazowniczej. Dane satelitarne z tego samego roku wykazały, że z samych tylko dwóch głównych pól gazowniczych Turkmenistanu ulatnia się ponad cztery miliony ton metanu rocznie — więcej niż wynoszą łączne roczne emisje wielu europejskich państw. Wartość utraconego gazu oszacowano na około sześć miliardów dolarów rocznie. W tym kontekście krater Derweze jest jedynie jednym z wielu — i bynajmniej nie największym — punktów emisji. Jest jednak tym najbardziej widocznym i najbardziej symbolicznym.

Jak ugasić piekło?

Pomysły na ugaszenie krateru krążą od lat, ale każdy rozbijał się o tę samą ścianę: skąd wziąć na to pieniądze, technologię i — przede wszystkim — wolę polityczną.

Pierwszym, który publicznie zabrał głos w tej sprawie, był prezydent Gurbanguly Berdimuhamedow. W kwietniu 2010 roku zalecił podjęcie działań mających ograniczyć wpływ krateru na eksploatację pobliskich złóż gazu. Mówiono wówczas o różnych rozwiązaniach: zalaniu krateru wodą (pomysł karkołomny na pustyni), zasypaniu piaskiem (co nie zatrzymałoby dopływu gazu), czy przykryciu metalową osłoną.

Poważniejsze deklaracje padły w styczniu 2022 roku, gdy Berdimuhamedow — na krótko przed przekazaniem władzy synowi Serdarowi — ogłosił plany zamknięcia krateru, powołując się na jego negatywny wpływ na zdrowie mieszkańców, środowisko i przemysł gazowy. Powołano komisję, która miała znaleźć optymalną metodę. Ale komisja natknęła się na ten sam problem, co geolodzy sprzed pięćdziesięciu lat: gaz dalej płynął z dołu, a krater płonął.

Przełom nastąpił dopiero w 2023 roku, gdy turkmeńscy naukowcy z Instytutu Badawczego Gazu Ziemnego przy Turkmengaz zaproponowali rozwiązanie, które okazało się zaskakująco pragmatyczne. Zamiast walczyć z ogniem bezpośrednio, postanowili odciąć mu paliwo u źródła. Plan zakładał intensyfikację wydobycia gazu z pobliskich odwiertów w obrębie złoża Czaldżulba, co miało obniżyć ciśnienie w zbiorniku zasilającym krater.

Od kwietnia 2023 roku zespół badawczy pod kierownictwem Iriny Lurjewej, kierownik laboratorium w Instytucie, monitorował sytuację za pomocą zdjęć satelitarnych dostarczanych przez firmę Capterio. Wyniki potwierdziły trafność założeń: w lipcu 2024 roku uruchomiono odwiert monitorujący, który uzyskał wydajność przemysłową na poziomie 90 tysięcy metrów sześciennych gazu dziennie z głębokości dwustu metrów. Reaktywowano także dawno unieruchomiony odwiert poszukiwawczy. W pobliżu krateru wywiercono nowy odwiert o wydajności 600 tysięcy metrów sześciennych dziennie z dwóch horyzontów złożowych.

W grudniu 2024 roku pracowały już dwa odwierty jednocześnie, a w lutym 2025 wywiercono kolejny, osiągając przepływ 300 tysięcy metrów sześciennych dziennie. Wyniki były jednoznaczne: od sierpnia 2023 roku intensywność niekontrolowanego spalania w kraterze spadła ponad trzykrotnie. Płomienie, które niegdyś tworzyły łunę widoczną z odległości wielu kilometrów, ograniczyły się do kilku drobnych ognisk przy krawędziach krateru.

W czerwcu 2025 roku na konferencji TESC 2025 w Aszhabadzie Lurjewa oficjalnie przedstawiła wyniki programu, potwierdzając trzykrotną redukcję płomieni. W grudniu 2025 roku Turkmengaz ogłosił odwiercenie kolejnego odwiertu obejściowego, który ma „całkowicie wyeliminować niekontrolowane emisje gazu do atmosfery".

Wrota Piekieł nie płoną już tak, jak kiedyś. Ale czy zgasną zupełnie? Eksperci są ostrożni w prognozach. Sukru Merey, specjalista od inżynierii gazowej z tureckiego Uniwersytetu w Batmanie, wskazywał w rozmowie z Radiem Wolna Europa, że mimo zmniejszonego dopływu gazu całkowite ugaszenie płomieni pozostanie trudnym wyzwaniem inżynieryjnym.

Pająki na krawędzi otchłani

Jednym z bardziej osobliwych wątków związanych z kraterem Derweze jest historia pająków. Wielokrotnie podróżnicy i blogerzy relacjonowali, że pająki budują sieci tuż przy krawędzi krateru, przyciągane stałym źródłem światła, które działa jak gigantyczna lampa wabiąca owady. Według tych relacji pająki, zahipnotyzowane blaskiem ognia, wpadają niekiedy wprost do krateru.

Warto jednak odnotować, że nie istnieją żadne recenzowane badania naukowe potwierdzające to zjawisko. To jedna z wielu legend otaczających Wrota Piekieł, która żyje własnym życiem w internecie, ale której nikt jak dotąd nie zweryfikował w sposób systematyczny.

Turkmenistan z driftem

Krater Derweze ma także swój epizod z gatunku politycznego surrealizmu, który doskonale oddaje specyfikę Turkmenistanu. W 2019 roku prezydent Gurbanguly Berdimuhamedow zniknął z przestrzeni publicznej na dwa tygodnie, co natychmiast wywołało pogłoski o jego śmierci. Odpowiedź władz była spektakularna: turkmeńska telewizja wyemitowała nagranie, na którym prezydent wjeżdża rajdowym samochodem na pustynię i wykonuje efektowne drifty wokół płonącego krateru.

Scena ta — głowa państwa potwierdzająca, że żyje, przez kręcenie bączków wokół Wrót Piekieł — mogłaby być scenariuszem surrealistycznego filmu. Tymczasem w Turkmenistanie jest to po prostu wtorek.

Turystyka na krawędzi

Może to absurdalne, ale właśnie apokaliptyczna aura krateru Derweze uczyniła z niego główną atrakcję turystyczną Turkmenistanu. Rocznie odwiedza go około dziesięciu tysięcy turystów — co w kontekście jednego z najmniej odwiedzanych państw świata jest liczbą znaczącą.

Dotarcie do krateru nie jest łatwe. Leży on około 260 kilometrów na północ od Aszchabadu, a ostatni odcinek drogi prowadzi piaszczystą, nieoznakowaną trasą wymagającą pojazdu z napędem na cztery koła. W pobliżu krateru powstały obozy jurtowe oferujące noclegi, wyżywienie z grilla i — przede wszystkim — widok na płonącą otchłań nocą.

Wielu podróżników opisuje nocny widok krateru jako jedno z najbardziej surrealistycznych doświadczeń w życiu. Pomarańczowa łuna na tle czarnej pustyni, dudnienie ognia rozchodzące się w ciszy, gorące powietrze uderzające w twarz przy zmianie wiatru. Kourounis, który widział tornada, huragany i erupcje wulkanów, przyznał po powrocie z Derweze, że to miejsce „tkwiło mu w głowie jak drzazga, której nie mógł się pozbyć".

W 2013 roku Turkmenistan ustanowił wokół krateru rezerwat przyrody, a w 2018 roku krater posłużył jako punkt postojowy w rajdzie samochodowym Amul-Hazar. Wokół niego pojawiły się lądowiska dla helikopterów i pensjonat.

Teraz, gdy płomienie słabną, pojawia się pytanie: co stanie się z turystyką, gdy Wrota Piekieł zamkną się na dobre? Dla wielu operatorów turystycznych to perspektywa niepokojąca — krater jest bowiem jedynym powodem, dla którego wielu podróżników w ogóle ubiegało się o wizę do Turkmenistanu.

Ognie, które nie gasną

Krater Derweze, choć najbardziej znany, to nie jedyny długotrwały pożar na naszej planecie. Podziemne ognie, zasilane naturalnymi złożami paliw kopalnych, towarzyszą Ziemi od czasów starszych niż ludzka cywilizacja.

Najbardziej wymownym przykładem jest Burning Mountain — Płonąca Góra — w australijskim stanie Nowa Południowa Walia, niedaleko miasteczka Wingen. Pod powierzchnią góry, na głębokości około trzydziestu metrów, od co najmniej sześciu tysięcy lat tli się pokład węgla kamiennego z okresu permu, mający około 235 milionów lat. Ogień przesuwa się na południe z prędkością około jednego metra rocznie, a w swojej historii pokonał dystans ponad sześciu i pół kilometra. Nie ma płomieni — to podziemne żarzenie, którego jedynymi śladami na powierzchni są dym, zapach siarki, ciepły grunt i wyblakła roślinność. Lud Wanaruah, rdzenni mieszkańcy tego regionu, od pokoleń nazywali to miejsce Wingen — „ogień". Jest to najstarszy znany ciągły pożar na Ziemi.

Innym głośnym przypadkiem jest Centralia w Pensylwanii (USA), gdzie w 1962 roku zapalił się pokład węgla pod niewielkim miasteczkiem. Pożar trwa do dziś, a miasto zostało niemal całkowicie ewakuowane — stało się miastem-widmem, które zainspirowało twórców serii gier Silent Hill. W Indiach z kolei pola węglowe Jharii w stanie Jharkhand płoną od ponad stu lat, zmuszając do przesiedlenia tysiące mieszkańców i powodując regularne osunięcia gruntu.

Na całym świecie w dowolnym momencie płonie szacunkowo ponad tysiąc podziemnych pożarów węglowych. Są to ognie trudne lub wręcz niemożliwe do ugaszenia — pozbawione tlenu przez jedną szczelinę, znajdują go przez inną, a podziemne złoża paliwa zapewniają im zapas na tysiąclecia.

W tym kontekście krater Derweze jest zjawiskiem nietypowym — to nie pokład węgla, lecz otwarta kawerna gazowa, a ogień nie tli się pod ziemią, lecz płonie na powierzchni jak gigantyczny palnik. Ale mechanizm jest analogiczny: dopóki pod stopami jest paliwo, ogień nie zgaśnie sam z siebie.

Podziemne pożary węglowe
Podziemne pożary węglowe.
Ilustracja poglądowa AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0

Co dalej z Wrotami Piekieł?

Na początku 2026 roku Wrota Piekieł wciąż formalnie istnieją, ale ich era jako „najbardziej spektakularnego ogniska na Ziemi" dobiega końca. Płomienie, które przez ponad pół wieku rozświetlały nocną pustynię, zostały zredukowane do niewielkich ognisk. Program kontrolowanego wydobycia gazu z pobliskich odwiertów okazał się skuteczniejszy niż jakiekolwiek wcześniejsze próby zasypywania, zalewania czy przykrywania krateru. W grudniu 2025 roku Turkmengaz ogłosił odwiercenie kolejnego odwiertu obejściowego, który ma „całkowicie wyeliminować niekontrolowane emisje gazu do atmosfery".

Turyści, którzy odwiedzali krater w 2025 roku, potwierdzają zmianę. Dylan Harris, dyrektor zarządzający brytyjskiego biura podróży Lupine Travel, specjalizującego się w wyprawach do egzotycznych i zamkniętych destynacji, powiedział Radiu Wolna Europa, że obserwuje stopniowe zmniejszanie się płomieni od kilku lat, ale „w szczególności w ubiegłym roku płomienie były na znacząco niższym poziomie". Zdjęcia z 2025 roku potwierdzają, że tam, gdzie niegdyś tysiące ognisk szyczało i dudniło, pozostało zaledwie kilka języków ognia.

Dla Turkmenów Wrota Piekieł były przez lata czymś w rodzaju przypadkowej wizytówki — miejscem, które wbrew intencjom władz przyciągało uwagę świata do jednego z najbardziej zamkniętych państw na Ziemi. Geologów interesowały jako żywe laboratorium procesów termogenicznych. Podróżnicy traktowali je jako punkt obowiązkowy na liście najdziwniejszych miejsc planety. A klimatolodzy widzieli w nich coś znacznie mniej romantycznego — kolejne źródło emisji w kraju, który i bez jednego płonącego krateru miał poważny problem z ulatniającym się metanem.

Ile jeszcze będzie płonąć Derweze? Nikt tego nie wie z pewnością — nawet turkmeńscy naukowcy, którzy po raz pierwszy w historii zdołali ogień osłabić. Ale niezależnie od odpowiedzi, historia Wrót Piekieł mówi coś więcej niż tylko o jednym kraterze na środku pustyni. Mówi o tym, jak łatwo przychodzi nam zakładać, że drobna interwencja rozwiąże problem w kilka dni — i jak trudno przyznać, pięćdziesiąt lat później, że się myliliśmy.

Literatura i źródła