Gdyby całą historię naszego gatunku — owe trzysta tysięcy lat istnienia Homo sapiens — zmieścić w jednej dobie, to niemal do ostatniej sekundy przed północą ludzi na Ziemi byłoby tak niewielu, że zmieściliby się w jednym współczesnym mieście. A potem, w ułamku tego symbolicznego dnia, populacja wystrzeliła w górę niczym rakieta. Z kilku milionów do ośmiu miliardów. Co się właściwie stało?
Przyrost ludności to splątana opowieść o rewolucjach — rolniczej, przemysłowej, medycznej — ale też o katastrofach, które cofały demograficzny zegar. Epidemie i odkrycia naukowe, głody i nadwyżki żywności, wojny i długie dekady dobrobytu — wszystko to kształtowało krzywą populacji.
Przed rewolucją neolityczną: świat kilku milionów
Przez większą część swojego istnienia ludzie żyli w małych, rozproszonych grupach łowiecko-zbierackich. Szacunki demografów wskazują, że jeszcze około 10 000 lat p.n.e. na całej planecie żyło zaledwie 4–5 milionów osób — mniej niż dzisiejsze Mazowsze. Populacja rosła tak wolno, że przez tysiąclecia tempo przyrostu oscylowało wokół zera. Śmiertelność dorównywała rozrodczości. Życie łowców-zbieraczy było krótkie i niepewne. Głód, drapieżniki, infekcje, urazy — średnia długość życia prawdopodobnie nie przekraczała trzydziestu lat, a śmiertelność niemowląt była potwornie wysoka.
Populacja ludzi była tak niewielka, że nasz gatunek wielokrotnie otarł się o wyginięcie. Badania genetyczne sugerują, że w pewnych momentach prehistorii efektywna populacja Homo sapiens mogła liczyć raptem kilka tysięcy osobników. Gatunek, który kiedyś zdominuje całą planetę, przez większość swojej historii balansował na krawędzi biologicznej zagłady.
Rewolucja neolityczna: pierwszy demograficzny przełom
Około 10 000–8 000 lat p.n.e. na Bliskim Wschodzie — w tzw. Żyznym Półksiężycu — rozpoczął się proces, który zmienił wszystko. Ludzie zaczęli uprawiać zboża i hodować zwierzęta. Ta zmiana, znana jako rewolucja neolityczna, nie była nagła. Trwała pokoleniami i przebiegała nierównomiernie w różnych częściach świata. Ale jej konsekwencje demograficzne okazały się ogromne.
Rolnictwo pozwoliło wytwarzać nadwyżki żywności. A nadwyżki żywności oznaczały, że na danym terenie mogło przeżyć więcej ludzi. Osiadły tryb życia sprzyjał większej dzietności — kobiety w społecznościach rolniczych rodziły częściej niż w grupach koczowniczych, między innymi dlatego, że krótszy dystans między porodami stawał się biologicznie możliwy przy stabilnym dostępie do pożywienia.
Oczywiście rolnictwo przyniosło też nowe zagrożenia. Zagęszczenie populacji w wioskach i wczesnych miastach sprzyjało rozprzestrzenianiu się chorób zakaźnych. Dieta oparta na zbożach bywała uboższa od diety łowców-zbieraczy. Jednak bilans netto był jednoznaczny: populacja zaczęła rosnąć. W pierwszym roku naszej ery na Ziemi żyło już — według różnych szacunków — od 170 do 300 milionów ludzi. Niektóre opracowania podają nawet 600 milionów, co doskonale pokazuje, jak nieprecyzyjne są te kalkulacje. Najbardziej prawdopodobny przedział to 200–300 milionów.
Roczne tempo wzrostu w tej epoce pozostawało niskie — poniżej 0,05%. Ale na przestrzeni tysiącleci nawet tak powolny przyrost prowadził do wielokrotnego pomnożenia populacji.
Warto przy tym pamiętać, że rewolucja neolityczna nie wydarzyła się raz, w jednym miejscu. Niezależnie od Żyznego Półksiężyca rolnictwo wynaleziono w Chinach (ryż, proso), w Mezoameryce (kukurydza, fasola, dynia), w dolinie Indusu, w Afryce Zachodniej, w Nowej Gwinei. Każde z tych ognisk zapoczątkowało własny cykl wzrostu populacji, choć w odmiennym tempie i z odmiennymi konsekwencjami. Do czasów starożytnych te niezależne strumienie demograficzne zaczęły się przenikać — za sprawą migracji, handlu i wojen.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
Starożytność i średniowiecze: wzloty i upadki
Historia demograficzna od starożytności po późne średniowiecze to nie gładka krzywa wzrostu, lecz sinusoida pełna dramatycznych zawirowań. Wielkie imperia — rzymskie, chińskie, perskie — sprzyjały wzrostowi populacji dzięki rozwojowi infrastruktury, szlakom handlowym i względnej stabilności politycznej. Pax Romana oznaczał nie tylko pokój, ale też stosunkowo sprawny system zaopatrzenia w żywność dla milionów mieszkańców basenu Morza Śródziemnego.
Ale upadek imperiów, wojny, epidemie i zmiany klimatyczne ze zdumiewającą regularnością dziesiątkowały populacje. Między rokiem 200 a 400 n.e. światowa populacja prawdopodobnie skurczyła się z około 257 milionów do 206 milionów. Chiny, targane wojnami domowymi i epidemiami, odnotowały szczególnie dotkliwe straty.
Następne stulecia przyniosły stopniową odbudowę. Do roku 1000 n.e. na świecie żyło już ponownie około 300 milionów ludzi, a do roku 1300 — być może nawet 400 milionów. Anglia podwoiła swoją populację między 1500 a 1650 rokiem, z około 2,6 do 5,6 miliona. Nowe uprawy sprowadzane z Ameryk — ziemniaki, kukurydza, maniok — odgrywały coraz większą rolę w zwiększaniu bazy żywnościowej na kilku kontynentach.
Ten powolny wzrost przerwała katastrofa.
Czarna śmierć: gdy ludzkość cofnęła się o stulecia
Dżuma, która zaczęła pustoszyć Europę od 1347 roku, była jedną z najbardziej niszczycielskich pandemii w dziejach. Do 1353 roku zabiła, według współczesnych szacunków, od 30 do 60 procent europejskiej populacji. W liczbach bezwzględnych oznacza to prawdopodobnie 25–50 milionów ofiar w samej Europie. Na skalę światową pandemia mogła zmniejszyć populację z około 450 milionów do 350–375 milionów.
Te liczby trudno sobie wyobrazić. W Anglii populacja w 1400 roku stanowiła zaledwie połowę tego, co sto lat wcześniej. Zniknęło około tysiąca wiosek — dosłownie przestały istnieć, bo zabrakło ludzi, którzy by je zamieszkiwali. Szacunki różnią się w zależności od regionu i badacza: kronikarz Jean Froissart pisał, że „wymarła jedna trzecia świata", a współczesny historyk Ole Benedictow argumentuje, że w zachodniej Europie śmiertelność mogła sięgnąć nawet 60 procent.
Czarna śmierć nie ograniczyła się do Europy. Bliski Wschód został dotknięty równie ciężko — w Damaszku na szczycie epidemii, jesienią 1348 roku, umierało podobno tysiąc osób dziennie. Syria straciła łącznie 400 tysięcy mieszkańców. Chiny doświadczyły spadku populacji z szacowanych 125 milionów do 65 milionów w drugiej połowie XIV wieku, choć nie jest pewne, w jakim stopniu odpowiadała za to sama dżuma, a w jakim towarzyszące jej wojny i klęski głodu.
Co istotne, Czarna śmierć nie była jednorazowym wydarzeniem. Po pierwszej fali pandemia wracała co kilkanaście lat w kolejnych odsłonach — mniej rozległych, ale wciąż śmiercionośnych. Europa odzyskała przedpandemiczną liczbę ludności dopiero około 1600 roku — potrzebowała na to grubo ponad dwóch stuleci.
Demograficzna katastrofa przyniosła jednak pewne nieprzewidziane skutki ekonomiczne. Drastyczny niedobór siły roboczej podniósł realne płace robotników i chłopów. Porzucono mniej urodzajne grunty orne, co poprawiło przeciętną produktywność ziemi. Wzrosło zapotrzebowanie na dobra luksusowe i rzemieślnicze. Niektórzy historycy widzą w tym — z całym szacunkiem dla milionów ofiar — jeden z czynników, które pchnęły Europę ku przeobrażeniom gospodarczym następnych wieków.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
Wczesna nowożytność: powolna odbudowa i nowe kontynenty
Wiek XVI i XVII przyniosły stopniowe, choć nierównomierne odbudowywanie europejskiej populacji. Jednocześnie rozpoczął się proces o ogromnych konsekwencjach demograficznych: europejska ekspansja kolonialna.
Kolonialne podboje miały dwojaki wpływ. Z jednej strony sprowadzenie do Europy nowych upraw — przede wszystkim ziemniaków z Ameryki Południowej — w perspektywie kilku stuleci znacząco zwiększyło bazę żywnościową Starego Kontynentu. Z drugiej strony, kontakt z europejskimi chorobami okazał się katastrofalny dla rdzennych populacji obu Ameryk. Ospa, odra, grypa i inne choroby, na które miejscowe ludy nie miały odporności, zdziesiątkowały populację przedkolumbijskiej Ameryki. Skala tej katastrofy demograficznej pozostaje przedmiotem debat — historyk David Henige określił pytanie o liczbę rdzennych mieszkańców Ameryk przed 1492 rokiem jako „najważniejsze pytanie bez odpowiedzi na świecie" — ale nawet ostrożne szacunki mówią o spadku populacji o 50–90% w ciągu pierwszych stu lat po kontakcie z Europejczykami.
W Azji tymczasem dynastie rządzące Chinami budowały własną ścieżkę demograficzną. U zarania dynastii Ming w 1368 roku populacja Chin liczyła około 60 milionów. Pod koniec jej panowania, w 1644 roku, mogła zbliżyć się do 150 milionów. Chiński model intensywnego rolnictwa ryżowego — z rozbudowanymi systemami irygacyjnymi — pozwalał na wyżywienie znacznie większej liczby ludzi na jednostkę powierzchni niż europejskie uprawy zbożowe.
Około 1700 roku na Ziemi żyło prawdopodobnie 600–680 milionów ludzi. Wciąż stosunkowo niewiele jak na całą planetę — ale wzrost nabierał tempa.
Rewolucja przemysłowa: gdy krzywa zaczęła strzelać w górę
W XVIII wieku coś zasadniczo się zmieniło. Zaczęło się w Anglii, ale stopniowo objęło całą Europę i tereny poza nią. Rewolucja przemysłowa, wsparta wcześniejszymi przeobrażeniami w rolnictwie (tzw. drugą rewolucją agrarną z XVII–XVIII wieku), uruchomiła mechanizm bezprecedensowego wzrostu populacji.
Dwa procesy biegły równolegle. Wydajność rolnictwa gwałtownie wzrosła — płodozmian, mechanizacja, nowe odmiany roślin, lepsze nawożenie. Więcej żywności oznaczało mniej głodów i lepsze odżywianie. Jednocześnie postępy w medycynie i higienie — szczepionki, odkrycie antyseptyki, budowa kanalizacji i wodociągów — zaczęły obniżać śmiertelność, zwłaszcza niemowlęcą.
Demografowie opisują ten mechanizm jako przejście demograficzne. Model, po raz pierwszy opisany przez Warrena Thompsona w 1929 roku i rozwinięty przez Franka Notesteina w połowie XX wieku, dzieli historię demograficzną społeczeństw na kilka etapów.
W społeczeństwach przedindustrialnych zarówno liczba urodzeń, jak i śmiertelność utrzymują się na wysokim poziomie — populacja rośnie wolno lub wcale. Kiedy jednak medycyna i warunki życia zaczynają się poprawiać, śmiertelność spada, ale liczba urodzeń pozostaje wysoka, bo mentalność i wzorce kulturowe zmieniają się wolniej niż dostęp do szczepionek. To właśnie ten etap — gdy rodzi się tylu ludzi co wcześniej, a umiera znacznie mniej — generuje gwałtowny wzrost populacji. Europa przeżywała go w XVIII i XIX wieku, znaczna część krajów rozwijających się — w XX.
Z czasem liczba urodzeń podąża za spadkiem śmiertelności. Rodziny stają się mniejsze, bo dzieci rzadziej umierają, kobiety zdobywają edukację i pozycję ekonomiczną, a dzieci przestają być „siłą roboczą" gospodarstw. Tempo wzrostu maleje aż do stabilizacji — niskiej liczby urodzeń i niskiej śmiertelności. Niektórzy demografowie wyróżniają jeszcze fazę, w której liczba urodzeń spada poniżej poziomu zastępowalności pokoleń i populacja zaczyna się kurczyć. Japonia, Korea Południowa, wiele krajów Europy Wschodniej — to już nie teoria, lecz rzeczywistość.
Szwecja, która prowadzi ciągłą ewidencję demograficzną od 1749 roku, stanowi podręcznikowy przykład przejścia demograficznego. Przez drugą połowę XVIII wieku śmiertelność w tym kraju zaczęła powoli spadać, podczas gdy liczba urodzeń utrzymywała się na wysokim poziomie. Powstała rosnąca luka między liczbą urodzeń i zgonów — i populacja zaczęła szybko rosnąć. Dopiero od lat siedemdziesiątych XIX wieku liczba urodzeń zaczęła doganiać śmiertelność w jej spadku, stopniowo domykając te „demograficzne nożyce".
Rok 1804: pierwszy miliard
Około 1804 roku ludzkość przekroczyła próg jednego miliarda. Osiągnięcie tego pułapu zajęło całą dotychczasową historię gatunku — kilkaset tysięcy lat. Od tego momentu tempo przyrostu gwałtownie wzrosło.
Drugi miliard przyszedł po 123 latach, w 1927 roku. Trzeci — zaledwie 33 lata później, w 1960. Czwarty — po 14 latach (1974). Piąty — po 13 (1987). Szósty — po 12 (1999). Siódmy — znowu po 12 (2011). Ósmy miliard ludzkość osiągnęła — według zrewidowanych danych ONZ — około 2021 roku, czyli po kolejnych dziesięciu.
Te liczby układają się w słynną „krzywą J" — przez tysiąclecia niemal płaską, a potem nagle strzelającą w górę. Najszybsze podwojenie populacji w historii nastąpiło między 1950 a 1986 rokiem: z 2,5 do 5 miliardów w zaledwie 36 lat. Jedna generacja wystarczyła, by ludzi na Ziemi było dwa razy więcej.
Dwudziesty wiek: wiek eksplozji
XX stulecie przyniosło najbardziej gwałtowny wzrost populacji w dziejach. W 1900 roku na świecie żyło około 1,6 miliarda ludzi. W 2000 roku — ponad 6 miliardów. Czterokrotny wzrost w ciągu jednego stulecia.
Szczytowe tempo przyrostu przypadło na lata 1963–1968, kiedy roczna stopa wzrostu osiągnęła 2,1–2,3 procent. Może to nie brzmi imponująco, ale oznaczało podwajanie populacji co 30–35 lat. Ówczesnemu światu groził — jak pisał biolog Paul Ehrlich w głośnej książce „The Population Bomb" z 1968 roku — masowy głód. Ehrlich przewidywał, że w latach siedemdziesiątych setki milionów ludzi umrą z głodu, a Indie nigdy nie zdołają wyżywić dodatkowych dwustu milionów osób.
Ehrlich się pomylił. A jednym z powodów, dla których jego mroczne prognozy się nie spełniły, była zielona rewolucja.
Zielona rewolucja: jak Norman Borlaug kupił światu czas
Norman Borlaug — amerykański agronom, syn norweskich imigrantów z Iowa — spędził dekady w Meksyku, krzyżując i selekcjonując odmiany pszenicy. Jego celem było stworzenie roślin karłowatych, odpornych na choroby i zdolnych do wydawania plonów wielokrotnie wyższych niż tradycyjne odmiany. W latach pięćdziesiątych Meksyk, stosując nowe odmiany Borlauga, stał się samowystarczalny w produkcji pszenicy.
W latach sześćdziesiątych nowe odmiany trafiły do Indii i Pakistanu — krajów stojących wówczas na krawędzi masowego głodu. Efekty przerosły oczekiwania. Pakistan podwoił zbiory pszenicy między 1965 a 1970 rokiem — z 4,6 do 7,3 miliona ton — i już w 1968 roku osiągnął samowystarczalność. Indie zwiększyły produkcję z 12,3 miliona ton w 1965 do 20,1 miliona w 1970, a do 2000 roku zbierały rekordowe 76,4 miliona ton pszenicy. W obu krajach produkcja żywności zaczęła rosnąć szybciej niż liczba ludności.
Borlaug otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla w 1970 roku. Przypisuje mu się uratowanie ponad miliarda ludzi przed śmiercią głodową. Ale sam Borlaug nigdy nie twierdził, że rozwiązał problem. W mowie noblowskiej wielokrotnie ostrzegał przed tym, co nazywał „potworem demograficznym": zielona rewolucja dała ludzkości jedynie „chwilę oddechu", ale bez kontroli przyrostu naturalnego jej osiągnięcia pozostaną krótkotrwałe.
Równolegle do prac Borlauga chiński agronom Yuan Longping opracowywał hybrydowe odmiany ryżu, które przyniosły podobne efekty w Azji Południowo-Wschodniej. Zielona rewolucja nie była dziełem jednego człowieka — była zbiegiem odkryć w genetyce roślin, rozwoju nawadniania, upowszechnienia nawozów sztucznych i pestycydów. Ale miała swoją cenę: degradację gleb, zużycie zasobów wodnych, utratę bioróżnorodności upraw. To jednak temat na osobny artykuł.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
Druga połowa XX wieku: dwa bieguny demografii
Po 1970 roku tempo wzrostu populacji globalnej zaczęło się wreszcie zmniejszać. Spadek urodzeń, który w Europie Zachodniej rozpoczął się jeszcze w XIX wieku, stopniowo obejmował kolejne regiony — Azję Wschodnią, Amerykę Łacińską, Afrykę Północną. Złożyło się na to kilka czynników: edukacja kobiet, dostęp do antykoncepcji, urbanizacja i spadek śmiertelności niemowlęcej (gdy rodzicom mniej dzieci umiera, decydują się na mniejsze rodziny — zależność na pozór nieintuicyjna, ale potwierdzona w dziesiątkach krajów).
Chiny podjęły drastyczny krok, ogłaszając w 1979 roku politykę jednego dziecka, wdrożoną ogólnokrajowo od 1980 — eksperyment społeczny na bezprecedensową skalę, który obniżył dzietność, ale przyniósł też ogromne koszty społeczne: wymuszone aborcje i sterylizacje, dysproporcję płci, starzejące się społeczeństwo. Politykę złagodzono w 2015 roku, a następnie zlikwidowano, ale demograficzne konsekwencje będą odczuwalne przez dekady.
Tymczasem w Afryce Subsaharyjskiej wskaźniki urodzeń pozostawały wysokie — przy jednoczesnym spadku śmiertelności dzięki programom szczepień i poprawie higieny. To klasyczny drugi etap przejścia demograficznego: ludzi rodzi się dużo, a umiera coraz mniej. Efekt? Szybki przyrost. Między 1950 a 2024 rokiem populacja Afryki wzrosła z około 230 milionów do ponad 1,5 miliarda.
Zresztą globalny wzrost w drugiej połowie XX wieku miał wyraźną geografię. Ponad 96 procent przyrostu między siódmym a ósmym miliardem nastąpiło w krajach rozwijających się — i ten wzorzec się utrzymuje. ONZ szacuje, że praktycznie cały przyrost do 2050 roku przypadnie na kraje mniej i najmniej rozwinięte. Osiem państw — Indie, Nigeria, Demokratyczna Republika Konga, Pakistan, Etiopia, Tanzania, Egipt i Indonezja — odpowie za połowę tego wzrostu. W dziewięciu krajach, w tym w Nigrze, Somalii i Angoli, populacja ma się podwoić do 2054 roku.
Osiem miliardów i co dalej?
W 2024 roku na Ziemi żyło 8,2 miliarda ludzi. ONZ w swoim raporcie „World Population Prospects 2024" prognozuje, że globalna populacja osiągnie szczyt w połowie lat osiemdziesiątych tego stulecia — około 10,3 miliarda — po czym zacznie powoli spadać, do około 10,2 miliarda w 2100 roku. To projekcje nieco niższe niż jeszcze dwa lata wcześniej: rewizja z 2022 roku szacowała szczyt na 10,4 miliarda w 2086 roku. Różnica wynika przede wszystkim z szybszego niż oczekiwano spadku urodzeń w wielu krajach, w tym w Chinach.
Warto podkreślić, że mamy tu do czynienia z projekcjami, nie prognozami. Demograficzne prognozy na kilkadziesiąt lat w przód obarczone są dużą niepewnością. Wystarczy, że wskaźniki dzietności w Afryce spadną nieco szybciej niż zakłada scenariusz bazowy, a szczyt może nadejść wcześniej i być niższy. I odwrotnie.
Znaczną część przyszłego wzrostu napędzi nie tyle wysoka dzietność, ile tzw. pęd demograficzny (momentum). Pokolenia urodzone w czasach wysokiej dzietności wchodzą dopiero w wiek rozrodczy. Nawet jeśli mają mniej dzieci niż ich rodzice, sam fakt, że rodziców jest bardzo dużo, przekłada się na wzrost liczby urodzeń w wartościach bezwzględnych. ONZ szacuje, że pęd demograficzny odpowie za 79 procent przyrostu ludności do 2054 roku — dodając około 1,4 miliarda ludzi niezależnie od tego, jak szybko spadnie dzietność.
Już teraz 63 kraje i terytoria — zamieszkane przez 28 procent światowej populacji — mają populację, która osiągnęła swoje maksimum i zaczyna maleć. Należą do nich Chiny, Japonia, Niemcy, Rosja. Kolejne 48 krajów, w tym Brazylia, Turcja i Iran, osiągną szczyt w najbliższych trzydziestu latach. Reszta — 126 krajów, w tym Indie, Nigeria, Pakistan — będzie rosła jeszcze przez dekady.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
Ilu ludzi żyło kiedykolwiek?
Szacuje się, że od zarania gatunku Homo sapiens na świecie urodziło się łącznie około 106–110 miliardów ludzi. Obecne 8,3 miliarda stanowi więc mniej więcej 6,5 procent wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli. Ta proporcja może wydawać się niska, ale jest historycznie bezprecedensowa — jeszcze kilka stuleci temu żyjący stanowili zaledwie ułamek procenta wszystkich dotychczasowych ludzi.
Gdzie leży „pojemność" Ziemi?
To pytanie, które nurtowało już Thomasa Malthusa pod koniec XVIII wieku. W swoim „Eseju o prawie ludności" z 1798 roku Malthus argumentował, że populacja rośnie geometrycznie (wykładniczo), podczas gdy produkcja żywności — jedynie arytmetycznie (liniowo). Wniosek? Nieuchronny głód i nędza, które ograniczą populację do poziomu, na jaki pozwala baza żywnościowa.
Malthus nie mógł przewidzieć ani rewolucji przemysłowej, ani zielonej rewolucji, ani nowoczesnej medycyny. Jego najbardziej pesymistyczne scenariusze się nie ziściły — populacja świata podwoiła się do końca lat dwudziestych XX wieku i ponownie do lat siedemdziesiątych, bez spełnienia się jego apokaliptycznych wizji. Ale samo pytanie pozostaje aktualne: czy jest granica tego, ilu ludzi może wyżywić i pomieścić nasza planeta?
Odpowiedzi są rozbieżne i zależą od przyjętych założeń. Przy obecnym modelu konsumpcji krajów rozwiniętych — Ziemia mogłaby mieć trudności z wyżywieniem nawet obecnej populacji w sposób trwale zrównoważony. Przy bardziej egalitarnym i efektywnym modelu dystrybucji żywności — mogłaby wyżywić znacznie więcej. Problem nie polega wyłącznie na liczbie ludzi, ale na tym, jak żyjemy, co konsumujemy i jak traktujemy zasoby planety.
Starzejące się społeczeństwa: nowe wyzwanie
Wraz ze spadkiem urodzeń i wydłużaniem się życia zmienia się struktura wiekowa populacji. Globalna średnia długość życia wzrosła z 64 lat w 1990 roku do 73 lat w 2024 — pomimo przejściowego spadku wywołanego pandemią COVID-19. ONZ prognozuje, że do końca lat pięćdziesiątych tego stulecia ponad połowa zgonów na świecie będzie dotyczyć osób w wieku 80 lat i starszych. Do lat osiemdziesiątych XXI wieku osób powyżej 65. roku życia będzie na świecie więcej niż dzieci poniżej osiemnastego.
Japonia — której populacja zaczęła się kurczyć już w 2010 roku — jest tu pewnego rodzaju laboratorium przyszłości. Jej obecne 124 miliony mieszkańców zmniejszą się, według prognoz, do 77 milionów pod koniec stulecia. Ale Japonia nie jest wyjątkiem, tylko forpocztą. Podobny proces czeka Koreę Południową, wiele krajów Europy, a w perspektywie kilku dekad — Chiny.
Starzejące się społeczeństwa stawiają zupełnie inne wyzwania niż eksplozja demograficzna: kto będzie pracował, płacił podatki, opiekował się rosnącą liczbą osób starszych? To pytania, z którymi mierzy się coraz więcej krajów — i na które nie istnieją proste odpowiedzi.
Zamiast puenty: liczby, które dają do myślenia
Przez 300 tysięcy lat nasz gatunek potrzebował wszystkich swoich zasobów sprytu, wytrzymałości i szczęścia, żeby utrzymać się przy życiu w populacji liczącej kilka milionów. Potem — w zaledwie dwustu latach — pomnożył swoją liczbę ośmiokrotnie. Globalny przyrost roczny, który w szczycie lat sześćdziesiątych XX wieku wynosił 2,3 procent, spadł do około 0,84 procent w 2026 roku. Świat rośnie, ale coraz wolniej.
Szczyt globalnej populacji — gdzieś między rokiem 2060 a 2086, w zależności od przyjętego modelu — będzie momentem bez precedensu w historii gatunku. Po raz pierwszy w dziejach ogólna liczba ludzi na Ziemi zacznie spadać nie z powodu wojny, głodu czy epidemii, ale dlatego, że ludzie świadomie zdecydowali się mieć mniej dzieci. Niektórzy publicyści mówią o „demograficznym dojrzewaniu". Czy słusznie — to już inna kwestia.
Literatura i źródła
- World population — Wikipedia encyklopedia internetowa
- Estimates of historical world population — Wikipedia encyklopedia internetowa
- Population growth — Wikipedia encyklopedia internetowa
- Our World in Data — Population growth over time analiza danych i wizualizacje demograficzne
- Our World in Data — Population Growth opracowanie tematyczne dotyczące wzrostu populacji
- Our World in Data — Demographic transition analiza zjawiska przejścia demograficznego
- Worldometer — World Population by Year zestawienie statystyczne danych demograficznych
- Worldometer — World Population bieżący licznik populacji świata
- Black Death — Wikipedia encyklopedia internetowa
- Consequences of the Black Death — Wikipedia encyklopedia internetowa
- Demographic transition — Wikipedia encyklopedia internetowa
- Our World in Data — UN Population 2024 Revision opracowanie danych ONZ dotyczących prognoz demograficznych
- United Nations — Population peak oficjalny komunikat organizacji międzynarodowej
- UN Population Division — WPP 2024 oficjalna baza danych demograficznych ONZ
- Green Revolution — Wikipedia encyklopedia internetowa
- Norman Borlaug — Wikipedia encyklopedia internetowa
- Britannica — Norman Borlaug encyklopedia ekspercka
- American Museum of Natural History — Human Population Through Time materiał edukacyjny instytucji naukowej
- Population Connection — Population Milestones opracowanie popularyzatorskie
- INED — UN Population Projections 2024 analiza instytutu demograficznego