We florenckim Muzeum Galileusza, w szklanym relikwiarzu, stoi środkowy palec prawej dłoni. Odłamano go przy ekshumacji w 1737 roku — niemal sto lat po śmierci właściciela. Palec, którym pisał. Wycelowany ku górze.
Osobliwa pamiątka po człowieku, który twierdził, że Ziemia się kręci, a niebo nie jest takie, jak nauczali teologowie. Gdyby chodziło tylko o astronomię, sprawa byłaby prosta. Ale Galileusz nie odkrył jedynie księżyców Jowisza ani faz Wenus. Odkrył coś trudniejszego do zaakceptowania — że obserwacja może mieć rację przeciwko instytucji, a dowód nie podlega głosowaniu.
Kościół kazał mu klęknąć i wyrzec się tego, co widział przez lunetę. Klęknął. Wyrzekł się. Spędził ostatnią dekadę życia pod aresztem domowym, tracąc wzrok, grzebiąc ukochaną córkę, pisząc potajemnie książkę, którą trzeba było przemycić do Holandii.
A palec wciąż wskazuje w górę.
Relikwiarze zazwyczaj przechowują szczątki świętych — ludzi, którzy wyrzekli się świata na rzecz wiary. Ten jeden mieści resztkę kogoś, kto wyrzekł się wiary na rzecz świata widzialnego. Czy to profanacja, czy inna forma świętości?