Kto po raz pierwszy widzi zamek w Mosznej, ten zwykle milknie na chwilę. Strzelistych wież jest tyle, że oko nie nadąża za ich rachunkiem. Mury przechodzą z łagodnych krzywizn baroku w ostrołukowe szczeliny neogotyku, by za rogiem zaskoczyć loggią rodem z włoskiej willi renesansowej. Całość otacza park tak rozległy i stary, że trzysetletnie dęby giną gdzieś za kurtynami kwitnących rododendronów.

Ta rezydencja (formalnie pałac, choć powszechnie nazywana zamkiem) nie powstała z jednego rzutu ołówka. Wyrosła z ambicji, katastrofy i odrobiny szaleństwa jednego rodu, który zmienił oblicze Górnego Śląska. No i z pieniędzy. Dużych pieniędzy.

Moszna przed Tiele-Wincklerami

Moszna to niewielka wieś w województwie opolskim, na trasie łączącej Prudnik z Krapkowicami, jakieś trzydzieści kilometrów od stolicy regionu. Jej nazwa wywodzi się prawdopodobnie od rodu Moschinów, którzy pojawili się w parafii Łącznik już w XIV stuleciu. A skoro mowa o średniowieczu — tu zaczynają się pierwsze legendy. Według miejscowej tradycji w tamtych czasach tereny te miały należeć do Zakonu Templariuszy, co niby potwierdzają odkryte fragmenty podziemnych tuneli biegnących pod parkiem. Nie ma na to twardych dowodów archeologicznych, ale opowieść żyje własnym życiem i kusi wyobraźnię odwiedzających do dziś.

Dokumentowana historia posiadłości zaczyna się skromniej. W 1679 roku właścicielami Mosznej została rodzina von Skall. Po śmierci ostatniej z rodu, Urszuli Marii, w 1723 roku wieś odziedziczył jej kuzyn — Georg Wilhelm von Reisewitz, nadmarszałek dworu Fryderyka Wielkiego. To z tego okresu, mniej więcej z lat 1770–1780, pochodzi trzon obecnego pałacu: barokowy budynek na planie prostokąta z mansardowym dachem, ustawiony prostopadle do osi parkowej. Nic monumentalnego — raczej solidny dwór, jaki mógł sobie sprawić pruski urzędnik średniej rangi.

Rodzina von Reisewitz nie utrzymała jednak Mosznej. Posiadłość trafiła na licytację i w 1771 roku kupił ją Heinrich Leopold von Seherr-Thoss, którego ród władał także zamkiem w niedalekiej Dobrej. Za Seherr-Thossów Moszna trwała we względnym spokoju. Żadnych wielkich budów, żadnych rewolucji. Pierwszą pisemną wzmiankę o samym pałacu odnajdujemy dopiero w opracowaniu śląskiego krajoznawcy Johanna Georga Knie z 1845 roku. Dwa pokolenia później, w 1853 roku, Karl Gotthard Seherr-Thoss sprzedał majątek Heinrichowi von Erdmannsdorfowi. Ten z kolei odsprzedał go w 1866 roku człowiekowi, który na zawsze odmieni losy Mosznej.

Zamek w Mosznej – widok na fasadę z charakterystycznymi wieżami i kopułami
Zamek w Mosznej.
Zdjęcie dzięki uprzejmości helioze.pl / CC BY 4.0

Imperium Tiele-Wincklerów

Żeby zrozumieć, dlaczego skromny barokowy dwór na opolskiej prowincji zamienił się w pałac z dziewięćdziesięcioma dziewięcioma wieżami, trzeba cofnąć się do historii jednej z najbardziej niezwykłych karier w dziejach przemysłu europejskiego.

Franz Winckler urodził się w 1803 roku w Tarnowie koło Ząbkowic Śląskich. Źródła nie są zgodne co do pochodzenia jego rodziny — jedne mówią o synu kmiecia, inne o potomku drobnego urzędnika. Pewne jest jedno: jako nastolatek zaczął pracę w kopalniach w okolicach Tarnowskich Gór, podjął naukę w tamtejszej szkole górniczej (gdzie zaprzyjaźnił się z Friedrichem Wilhelmem Grundmannem), szybko awansował na sztygara, a potem na zarządcę kopalni „Maria" w Miechowicach. Po śmierci właściciela kopalni, Franza Aresina, Winckler objął zarząd nad jego dobrami i w 1832 roku poślubił wdowę po Aresinie, Marię. Krok po krok budował fortunę, przejmując kolejne kopalnie, huty i majątki ziemskie. W 1840 roku otrzymał tytuł szlachecki. Kiedy umarł w 1851 roku — zaledwie czterdziestoośmioletni — był jednym z największych potentatów przemysłowych Śląska. Posiadał trzynaście kopalń węgla kamiennego, udziały w kilkudziesięciu innych, kopalnie rud żelaza, cynku i ołowiu, wapienniki, cegielnie i rozległe dobra ziemskie.

Fortunę odziedziczył jedyny żyjący potomek: córka Waleska. W 1854 roku poślubiła ona Huberta Gustawa von Tiele, podporucznika w jednym z pruskich pułków stacjonujących na Górnym Śląsku. Hubert wywodził się z kurlandzkiego rodu szlacheckiego o westfalskich korzeniach sięgających XIII wieku, ale do połowy XIX wieku ród ten dysponował głównie tradycjami i herbem, a niekoniecznie gotówką. Hubert okazał się jednak sprawnym zarządcą. Na mocy przywileju księcia meklemburskiego połączył nazwiska i herby obu rodów, stając się von Tiele-Wincklerem. Zakupił kolejne posiadłości, a w 1866 roku nabył pałac w Mosznej, czyniąc go główną rezydencją rodziny.

Skala majątku Tiele-Wincklerów budzi szacunek nawet z perspektywy XXI wieku. Historyk Arkadiusz Kuzio-Podrucki z Instytutu Badań Regionalnych w Katowicach, który od lat bada dzieje tego rodu, szacuje wartość ich przedwojennego majątku na równowartość obecnych około 250 milionów euro. Należeli do dziesięciu najbogatszych rodzin w Królestwie Prus. To dzięki nim i ich przyjacielowi ze szkoły górniczej, Friedrichowi Wilhelmowi Grundmannowi, rozwinęły się Katowice jako miasto, a górnośląska kolej połączyła kopalnie i huty z rynkami zbytu Wrocławia i Berlina.

Hubert von Tiele-Winckler zmarł w 1893 roku. Moszna trafiła w ręce najstarszego syna — Franza Huberta, który piastował urząd starosty powiatu prudnickiego. To on, poprzez tragiczny przypadek i niebywałą ambicję, stworzył zamek, jaki znamy.

Zamek w Mosznej – panorama rezydencji z widocznymi wieżami i otaczającą zielenią
Zamek w Mosznej – panorama rezydencji z charakterystycznymi wieżami.
Zdjęcie dzięki uprzejmości helioze.pl / CC BY 4.0

Noc, która zmieniła wszystko

W nocy z 2 na 3 czerwca 1896 roku z nieustalonej przyczyny w Mosznej wybuchł pożar. Ogień strawił znaczną część środkowego, barokowego skrzydła, niszcząc mury, dachy, cenne wyposażenie i rodzinne dokumenty. Według przekazów płomienie widziano z odległych wsi. Akcja ratunkowa ciągnęła się wiele godzin, ale to i tak nie wystarczyło.

Ktoś inny na miejscu Franza Huberta odbudowałby, co się da, i na tym koniec. On nie.

Hrabia (tytuł otrzymał od cesarza Wilhelma II w 1895 roku, rok przed pożarem) postanowił nie tylko odbudować zniszczone partie, ale rozbudować całą rezydencję na skalę bez precedensu w regionie. Prace podzielono na dwa etapy. W pierwszej fazie, trwającej od 1896 do 1900 roku, odbudowano spaloną część środkową i dostawiono od wschodu monumentalne skrzydło neogotyckie: ostrołukowe okna, strzeliste wieże, iglice, oranżerię. To właśnie ta partia pałacu, z jej teatralnym rozmachem i pionowym akcentem, decyduje o „bajkowości" Mosznej, o porównaniach do Hogwartu, do Disneylandu, do bawarskiego Neuschwanstein. Drugie skrzydło, zachodnie, powstało w latach 1913–1914, tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Utrzymano je w stylu neorenesansowym, z horyzontalnym podziałem fasady, loggiami, balustradami i miękko profilowanymi, cebulastymi hełmami wież. Architektura tej części odwołuje się do włoskich willi i palazzów, tworząc wyraźny kontrast z dramatyzmem skrzydła wschodniego.

Rezultat? Barok, neogotyk i neorenesans zszyte w jedną, zaskakująco spójną kompozycję. Środkowy korpus, zachowujący barokowe proporcje i mansardowy dach, stabilizuje wizualnie całość, pełniąc rolę spoiwa między eklektycznymi skrzydłami. Zamek zyskał 365 pomieszczeń (tyle co dni w roku) i 99 wież oraz wieżyczek. Powierzchnia sięgnęła ośmiu tysięcy metrów kwadratowych, kubatura sześćdziesięciu pięciu tysięcy metrów sześciennych.

Skąd te symboliczne liczby? Legenda mówi, że 99 wież odpowiadało liczbie majątków posiadanych przez Tiele-Wincklerów. W Prusach właściciel stu i więcej posiadłości musiał dokładać się do finansowania garnizonu wojskowego. Stąd celowe zatrzymanie się na dziewięćdziesięciu dziewięciu. Turystom próbującym zweryfikować tę liczbę na miejscu rzadko wychodzi dokładnie tyle samo — jedni naliczą 97, inni 101, zależnie od tego, czy uwzględniają mniejsze wieżyczki i elementy dekoracyjne.

Zamek w Mosznej
Zamek w Mosznej.
Zdjęcie dzięki uprzejmości helioze.pl / CC BY 4.0

Wnętrza i ich losy

Franz Hubert nie oszczędzał na wystroju. Sale reprezentacyjne wyłożono boazerią, zdobiono sztukateriami, wyposażono w marmurowe kominki i kamienne portale. Kaplica zamkowa, gabinet hrabiego, sala lustrzana, biblioteka: każde pomieszczenie miało opowiadać inną historię. Na ścianach wisiały obrazy, w niszach stały rzeźby. W szczycie południowej elewacji umieszczono hrabiowski herb Franza Huberta, trwały znak jego ambicji budowlanych.

Zamek tętnił życiem towarzyskim. Wielokrotnie wizytował go sam cesarz Wilhelm II, którego łączyła z Franzem Hubertem osobista znajomość. Cesarskie wizyty wiązały się zwykle z polowaniami w okolicznych lasach, do których pruska arystokracja miała zamiłowanie niemal fizjologiczne. Neogotyckie skrzydło przeznaczono dla rodziny, barokowe zaś służyło gościom i personelowi.

Wnętrze Zamku w Mosznej
Wnętrze Zamku w Mosznej.
Zdjęcie dzięki uprzejmości helioze.pl / CC BY 4.0

Franz Hubert zmarł w 1922 roku, dożywszy momentu, gdy Katowice (miasto, którego rozwój zawdzięczał w dużej mierze jego rodzinie) stały się stolicą polskiego województwa śląskiego. Moszna pozostała jednak na terytorium niemieckim. Majątek odziedziczył syn, hrabia Klaus Hubert, którego życie potoczyło się mniej fortunnie niż ojcowskie. W okresie międzywojennym przehulał sporą część rodzinnego majątku i zmarł bezdzietnie w 1938 roku, adoptując wcześniej kuzyna barona Hansa Wernera von Tiele-Wincklera z meklemburskiego Rothenmoor. Hans Werner przejął górnośląskie posiadłości wraz z tytułem hrabiowskim.

Druga wojna światowa nie uszkodziła samej konstrukcji pałacu; przez pewien czas funkcjonowała w nim filia lazaretu wojskowego z Prudnika. Prawdziwa katastrofa nadeszła w 1945 roku. Rodzina uciekła przed nadchodzącą Armią Czerwoną do Niemiec, a zakwaterowane w pałacu oddziały sowieckie zdewastowały większość wyposażenia i wywiozły lub zniszczyły przechowywane dzieła sztuki. Z bogato urządzonych komnat pozostały w zasadzie gołe ściany.

Wnętrze Zamku w Mosznej
Wnętrze Zamku w Mosznej.
Zdjęcie dzięki uprzejmości helioze.pl / CC BY 4.0

Sanatorium, nerwice i drugie życie

Powojenne losy zamku układały się chaotycznie, jak zresztą losy wielu poniemieckich rezydencji na Ziemiach Zachodnich. Pałac przejął Skarb Państwa. Przez jakiś czas poszukiwano dla niego sensownej funkcji i w końcu ją znaleziono, choć była daleka od hrabiowskiego splendoru. Od 1972 roku w murach zamku funkcjonował szpital leczenia nerwic, a od 1996 roku Centrum Terapii Nerwic. Paradoks sytuacji dostrzegali sami pacjenci: leczyć się z zaburzeń lękowych w budowli, która w noc listopadową potrafi napędzić stracha nawet osobom o stalowych nerwach? Kilometry ciemnych korytarzy, skrzypienie drewnianych podłóg, wieże ginące we mgle. To scenografia do gotyckiego romansu lub horroru, nie terapeutyczne otoczenie.

Ale trzeba przyznać, że właśnie ta pozornie absurdalna funkcja uratowała zamek. W odróżnieniu od setek śląskich pałaców, które w PRL-u popadły w ruinę lub zostały rozebrane na cegłę, Moszna była przynajmniej użytkowana, ogrzewana, w miarę remontowana. Budynek przetrwał w stanie pozwalającym na późniejszą rewitalizację.

Przełom nastąpił w 2013 roku, kiedy Centrum Terapii Nerwic przeniesiono do sąsiedniego budynku. Marszałek województwa opolskiego powołał spółkę Moszna Zamek sp. z o.o., której zadaniem stało się przywrócenie rezydencji funkcji turystycznej i kulturalnej. Otworzyły się drzwi dla zwiedzających, uruchomiono hotel z czterdziestoma dziewięcioma pokojami, restaurację i kawiarnię — tę ostatnią urządzono w przepięknym pałacowym wnętrzu z widokiem na monumentalną klatkę schodową. Wschodnie skrzydło udostępniono do regularnego zwiedzania, a co pewien czas organizowane są także trasy rozszerzone, prowadzące po niedostępnych na co dzień zakamarkach.

Trzeba tu powiedzieć jedno: kto spodziewa się autentycznych mebli z epoki, ten się rozczaruje. Zdecydowana większość oryginalnego wyposażenia została rozkradziona lub zniszczona po 1945 roku. Obecne umeblowanie to w dużej mierze rekonstrukcja i stylizacja. Świadczy o tym choćby fakt, że w wielu salach można swobodnie dotykać eksponatów i siadać na kanapach — luksus niewyobrażalny, gdyby chodziło o XVIII-wieczne oryginały. Nie zmienia to jednak wrażenia, jakie robi sama architektura: proporcje sal, klatka schodowa z poczekalnią dla gości, kaplica zamkowa z witrażami, przejścia między skrzydłami zaprojektowane tak, by każde kolejne ujęcie dawało nowy efekt scenograficzny.

Sklepienie kaplicy zamkowej w Zamku w Mosznej
Sklepienie kaplicy zamkowej w Zamku w Mosznej.
Zdjęcie dzięki uprzejmości helioze.pl / CC BY 4.0

Park — zielone królestwo azalii

Zamek nie istnieje w próżni. Otacza go zespół parkowy o powierzchni przekraczającej sto hektarów, najcenniejsze założenie pałacowo-parkowe w województwie opolskim, wpisane do rejestru zabytków. Park nie ma wyraźnie wytyczonych granic; płynnie przechodzi w okoliczne łąki, pola i lasy.

Jedynym elementem o ściśle geometrycznym charakterze jest oś główna. Zaczyna się przy bramie z rzeźbami gladiatorów, przechodzi w aleję dębów czerwonych, potem kasztanowców, by wreszcie doprowadzić do fasady pałacu. Za budynkiem oś kontynuuje się aleją lipową, po obu stronach której biegną symetryczne kanały wodne. Kiedyś stanowiły one część systemu umożliwiającego przejażdżki łodziami po parkowych stawach, rozrywkę niegdysiejszych mieszkańców, którzy z pokładu mogli podziwiać rośliny i drzewa. Na dalszym planie alei wznosi się postument dawnego pomnika Huberta von Tiele-Wincklera, a za nim nekropolia rodzinna, na której spoczywają sam Hubert i jego żony. Korony starych drzew otaczają cmentarz ze wszystkich stron, tworząc naturalne mury i zielone sklepienie o atmosferze sakralnej wręcz.

Park kryje drzewostan imponujący zarówno różnorodnością, jak wiekiem. Rosną tu trzystuletnie dęby, dwustuletnie lipy, gatunki rodzime sąsiadują z egzotami. Ale prawdziwą wizytówką ogrodu są krzewy — azalie i rododendrony, które na przełomie maja i czerwca zamieniają park w eksplozję barw od bieli przez róż po głęboki fiolet. Wzdłuż kanałów ciągną się ich wielobarwne szpalery, a im głębiej w park, tym krzewy stają się starsze i okazalsze. To dla nich co roku tysiące ludzi zjeżdża do Mosznej wiosną.

Po wschodniej stronie alei lipowej leży staw z malowniczą wysepką, zwaną Wyspą Wielkanocną, obsadzoną choinkami kanadyjskimi. Prowadzi na nią mostek w stylu chińskim — jeden z tych drobiazgów świadczących o tym, że XIX-wieczni właściciele projektowali park jako sekwencję nastrojów i odkryć, nie zaś jako zwykłą przestrzeń zieloną.

Do zespołu należy też oranżeria — przeszklona i pełna światła, po gruntownym remoncie w 2008 roku wygląda jak nowa. Rosną w niej bananowce o liściach osiągających dwa–trzy metry długości, okazałe cibory papirusowe, kolekcja palm i inne rośliny egzotyczne. Zimą i w deszcz oranżeria staje się najprzyjemniejszym zakątkiem całego kompleksu.

Legendy zamkowe

Każdy szanujący się zamek potrzebuje ducha. Moszna ma ich co najmniej kilka.

Najbarwniejsza opowieść dotyczy samego Franza Huberta i ekspresowej odbudowy po pożarze. Pytany, jak zdołał w zaledwie kilka lat wznieść tak okazałą rezydencję, hrabia odpowiadał z kamiennym wyrazem twarzy, że podpisał cyrograf z diabłem i oddał mu swoją duszę. W jego gabinecie rzekomo wisiał obraz upamiętniający moment podpisywania owego cyrografu, a na ścianie w pobliżu kaplicy zamkowej wyrzeźbiono wizerunek diabła. Ród nie tylko nie dementował tej historii — wręcz się nią szczycił, co nie przysporzyło Tiele-Wincklerom sympatii wśród mieszkańców wsi. Płaskorzeźba diabła przetrwała do końca drugiej wojny światowej, po czym zniszczyli ją okoliczni mieszkańcy, gdy tylko dawni właściciele opuścili swoje mienie. Diabeł ponoć ma w zamku swój „czarny pokój" i od czasu do czasu daje o sobie znać. Jak to się stało, że Armia Czerwona nie zrównała pałacu z ziemią? Miejscowi mruczą, że może sam diabeł chronił swego dobytku.

Inny duch, Biała Dama, jest bardziej melancholijny. To według legendy widmo nieszczęśliwie zakochanej w hrabim guwernantki, która nocami błąka się po zamkowych korytarzach w poszukiwaniu sypialni swego niedoszłego kochanka. Przy 365 komnatach szanse spotkania są może niewielkie, ale kto wie.

Matka Ewa — inna twarz rodu

Opowieść o Tiele-Wincklerach nie byłaby pełna bez postaci, która stanowi pozorny paradoks tego rodu: jego najszlachetniejsze oblicze. Ewa von Tiele-Winckler, córka Huberta i Waleski, przyszła na świat 31 października 1866 roku w rodowym zamku w Miechowicach. Była ósmym z dziewięciorga dzieci. Mogła żyć tak jak reszta rodziny. Bale, polowania, podróże. Wybrała coś zupełnie innego.

Gdy Ewa miała trzynaście lat, zmarła jej matka. W wieku szesnastu lat dziewczyna przeszła na protestantyzm i postanowiła poświęcić życie służbie najuboższym. Ojciec początkowo traktował to jako młodzieńczy kaprys, ale w 1890 roku podarował córce dom, który ta nazwała „Ostoją Pokoju" (Friedenshort). W 1893 roku Ewa przyjęła ordynację diakonacką i założyła w Miechowicach żeński diakonat. Z jednego budynku w ciągu lat rozrósł się kompleks ponad dwudziestu obiektów; dołączyło do niego czterdzieści domów dla bezdomnych dzieci na terenie Niemiec. Diakonisy z Miechowic prowadziły misje w osiemnastu krajach, od Norwegii po Chiny, Indie i Gwatemalę. W 1923 roku pod ich opieką przebywało ponad czternaście tysięcy dzieci.

Rewolucyjny pomysł Matki Ewy polegał na tym, co dziś nazwalibyśmy modelem rodzinkowym: zamiast wielkich sal z setką sierot pod jednym dachem organizowała małe grupy — kilkunastoro dzieci, kilka osób starszych, jedna lub dwie siostry — zamieszkujące wspólnie odrębny budynek. System ten przynosił znakomite wyniki wychowawcze i wyprzedzał swą epokę o dziesięciolecia.

Ewa zmarła 21 czerwca 1930 roku w Miechowicach. Na jej grobie stoi prosty krzyż z napisem Ancilla Domini, Służebnica Pańska. W Bytomiu-Miechowicach do dziś działa Muzeum „Domek Matki Ewy", a pamięć o jej dziele pielęgnowana jest zarówno w Polsce, jak i w Niemczech, gdzie w Freudenbergu kontynuuje działalność „Ostoja Pokoju".

Zamek na ekranie

Eklektyczna architektura Mosznej od dawna kusi filmowców. Pierwszym wielkim tytułem był science-fiction Test pilota Pirxa z 1978 roku, nakręcony na podstawie opowiadania Stanisława Lema. W 1985 roku pojawił się komediohorror Lubię nietoperze, w którym zamek użyczył scenerii historii o wampirzycy. Później przyszły Piggate (1990), Zamiana i Zemsta dr La Morte (oba 2009), dramat historyczny Daas (2011), Brigitte Bardot cudowna (2018) oraz z nowszych produkcji — Konopacka. Walka o złoto i W szachu. Ostatnia rozgrywka (oba 2023). W 2025 roku ukazała się powieść Pawła Brola Zamek. Skrzydło anioła, w której pałac stanowi główne tło dla fabularnych wydarzeń.

Porównania do Hogwartu, choć nieco oklepane, nie są bezpodstawne. Strzeliste wieże skrzydła wschodniego, mroczne korytarze, gotyckie łuki i otaczający zamek park z wielowiekowymi drzewami tworzą atmosferę, która z łatwością podkłada się pod fantasy czy gotycki romans. Stąd przydomek „polskiego Hogwartu".

Stadnina — konie z błękitną krwią

Tuż obok zamku, w zabytkowych budynkach dawnych stajni Tiele-Wincklerów, od 1948 roku działa Stadnina Koni Moszna. Jej początki sięgają pierwszych powojennych lat, kiedy do opuszczonych zabudowań sprowadzono dwadzieścia pięć klaczy pełnej krwi angielskiej, ocalałych z prywatnych hodowli wielkopolskich i wschodnich. Dziś stadnina liczy ponad sto osiemdziesiąt koni obu ras (pełnej krwi angielskiej i szlachetnej półkrwi), a jej osiągnięcia budzą uznanie daleko poza granicami Polski. Konie urodzone w Mosznej mają na koncie pięciokrotne zwycięstwo w najważniejszej gonitwie sezonu, polskich Derby, oraz triumf w legendarnej Wielkiej Pardubickiej w 2009 roku, jednej z najtrudniejszych gonitw płotowych w Europie.

Tereny stadniny, obejmujące około osiemdziesięciu hektarów, stanowią integralną część kompleksu pałacowo-parkowego. Przez nie przebiega aleja kasztanowa, a ich otoczenie tworzą te same azalie i rododendrony, które ozdabiają zamkowy park. Dla odwiedzających stadnina oferuje przejażdżki bryczką, jazdę konną i możliwość zwiedzania — to naturalne przedłużenie pobytu w zamku, dodające całemu doświadczeniu wymiar sielski i mniej „pałacowy".

Powrót potomków

We wrześniu 2024 roku w Mosznej wydarzyło się coś, co jeszcze dekadę wcześniej wydawało się niemożliwe. Friederike von Tiele-Winckler, żona barona, przyjechała do zamku w towarzystwie trzydziestu krewnych z Niemiec, Włoch i Holandii. Był to pierwszy powojenny zjazd rodzinny rodu na Górnym Śląsku.

Wizyta miała charakter prywatny i osobisty. Potomkowie złożyli wieńce na rodzinnym cmentarzu pod starymi lipami, przechadzali się między grobami przodków, szeptem rozmawiali o wielkiej historii rodu. Jedna z inicjatorek zjazdu, Helena Thiessen, powiedziała zebranym w miechowickim kościele ewangelicko-augsburskim, że prawnukowie Tiele-Wincklerów nigdy wcześniej nie byli na Górnym Śląsku. Znali te miejsca jedynie z rodzinnych opowieści, które brzmiały surrealistycznie. Okazało się, że zamek, o którym opowiadano im bajki w dzieciństwie, naprawdę istnieje i tętni życiem.

Podczas wizyty rodzina podarowała spółce Moszna Zamek portret Huberta von Tiele-Wincklera, założyciela śląskiej fortuny. Gest symboliczny i poruszający — fragment historii, który wraca na swoje miejsce po ośmiu dekadach.

Moneta, festiwal i codzienność zamku

Moszna nie żyje wyłącznie przeszłością. 23 maja 2022 roku Narodowy Bank Polski wyemitował monetę okolicznościową o nominale 5 złotych z wizerunkiem zamku, w ramach serii „Odkryj Polskę" — co uczyniło pałac jednym z niewielu polskich zabytków uhonorowanych w ten sposób.

Najważniejszym corocznym wydarzeniem pozostaje Muzyczne Święto Kwitnących Azalii, organizowane w maju i czerwcu od 1984 roku. Jego pomysłodawcą był muzykolog Zbigniew Pawlicki, a współtwórcą — ówczesny dyrektor ośrodka, Zygmunt Więcek. Festiwal łączy koncerty muzyki kameralnej i operetki z wystawami plastycznymi i plenerami malarskimi, wykorzystując wyjątkową scenerię kwitnącego parku. Na scenie działającego przy zamku Teatru Muzycznego Castello prezentowane są operetki, a w galerii odbywają się wystawy sztuki.

Zamek oferuje też zwiedzanie z audiokomentarzem (w każdym pomieszczeniu z głośnika płynie narracja lektora), wejścia na wieże dla miłośników panoram, pokazy multimedialnej fontanny w ogrodach (uruchamiane o pełnych godzinach) oraz plenerowe gry terenowe, w tym poszukiwanie Kamienia Filozoficznego dla młodszych odwiedzających. Placów zabaw i pokoi rozrywki dla dzieci, w tym wyodrębnionej „Hrabialandii", tu nie brakuje. Na pełne zwiedzanie (komnaty, wieże, oranżeria, park aż po cmentarz i stadninę) warto zarezerwować trzy do czterech godzin.

A kto chce przedłużyć pobyt, może nocować w jednej z czterdziestu dziewięciu komnat hotelowych. Rano budzić się w zamku z 99 wieżami, popijając kawę z widokiem na neogotyckie iglice — to doświadczenie, które trudno powtórzyć gdziekolwiek indziej w Polsce.

Dlaczego Moszna ma znaczenie

Łatwo potraktować zamek w Mosznej jako turystyczną ciekawostkę, instagramowy background, bajkową dekorację. Takie myślenie jest wygodne, ale płytkie. Za eklektyczną fasadą kryje się opowieść o procesach, które ukształtowały Górny Śląsk i całą środkową Europę. O industrializacji, która biednych górników zamieniała w magnatów. O drobnej szlachcie łączącej się z nowymi pieniędzmi i tworzącej hybrydy społeczne nieznane staremu porządkowi. O katastrofach, które niszczyły, ale też wymuszały reinwencję.

Zamek jest też pomnikiem pewnej mentalności. Franz Hubert von Tiele-Winckler nie odbudował po prostu spalonego dworu. Zbudował manifest: trzy style architektoniczne splatające tradycję z nowoczesnością, 365 komnat jak dni w roku. Jakby chciał powiedzieć, że każdy dzień zasługuje na własną przestrzeń.

Szaleństwo? Pewnie trochę. Ale z tych, co trwają dłużej niż zdrowy rozsądek.

Literatura i źródła