Piątego października 1868 roku galicyjski Sejm Krajowy we Lwowie uchwalił ustawę o tytule tak długim, że sam w sobie brzmi jak opowieść: „względem zakazu łapania, wytępienia i sprzedawania zwierząt alpejskich, właściwych Tatrom, świstaka i dzikich kóz". Podpisana następnie przez cesarza Franciszka Józefa, weszła w życie w lipcu 1869 roku.
Był to akt bez precedensu. Wcześniejsze przepisy dotyczące zwierząt, zarówno w Europie, jak i na świecie, koncentrowały się na zakazie okrutnego traktowania. Galicyjska ustawa poszła o krok dalej: chroniła konkretne gatunki dzikich zwierząt przed zagładą. Historycy prawa uznają ją za pierwszą na świecie parlamentarną ustawę o ochronie gatunkowej. A że uchwalił ją polski (choć funkcjonujący w ramach monarchii habsburskiej) organ ustawodawczy, Polska może się pochwalić pionierską rolą w dziedzinie, która dziś nazywa się prawem ochrony przyrody.
Jak do tego doszło? Odpowiedź zaczyna się od tłuszczu. A kończy się na żelaznym krzyżu na górskiej polanie.
Świstacze sadło i kozie bezoary
Żeby zrozumieć, dlaczego ktokolwiek w galicyjskim parlamencie zajmował się świstakami, trzeba wiedzieć, co działo się w Tatrach w połowie XIX wieku.
Tatry, po rozbiorach będące dobrami podzielonymi na liczne prywatne posiadłości, stały się terenem niekontrolowanych polowań. Wcześniej, pod rządami królewskimi, lasy i góry podlegały przynajmniej formalnej kontroli. Rozbiory to zmieniły. Chaos własnościowy sprzyjał kłusownikom, którzy zapuszczali się w coraz wyższe partie gór, penetrując tereny dotąd niedostępne. Problem narastał od końca XVIII wieku, a w połowie XIX stał się palący. Ofiarami padały przede wszystkim dwa gatunki: kozica tatrzańska i świstak.
Kozice były cenione z wielu powodów naraz. Mięso podawano jako dziczyznę, z cienkiej skóry szyto rękawiczki, łój wykorzystywano w kuchni i do oświetlania pomieszczeń. Wypchane głowy wieszano na ścianach jako trofea. W medycynie ludowej stosowano tzw. bezoary, czyli kule z niestrawionych resztek roślinnych i sierści znajdowane w żołądkach kozic, stosowane jako lekarstwo na rozmaite dolegliwości, w tym gościec stawowy i czerwonkę.
Kozica tatrzańska to podgatunek kozicy północnej, naturalnie zamieszkujący Tatry (w latach 1969–74 introdukowana także w Niżnych Tatrach na Słowacji) i stanowiący najdalej na północ wysuniętą populację swojego gatunku w Europie. Żyje w stadach zwanych kierdlami, na czele których stoi doświadczona samica. Porusza się z wprawiającą w osłupienie zręcznością po skałach dzięki specjalnej budowie racic: zimą na ich krawędzi tworzy się twardy rogowy kant umożliwiający chodzenie po lodzie, latem zaś odsłania się miękki środek podeszwy, przylegający do skały jak guma. Polowanie na kozice wymagało od góralskich myśliwych, zwanych koziarzami, nie tylko doskonałej znajomości gór, ale też ryzykowania życia na stromych ścianach skalnych.
Świstaki miały innego pecha. Górale wierzyli, że tłuszcz świstaka, zwany „świstaczym sadłem", leczy przepuklinę, dolegliwości żołądkowe, kaszel, przyspiesza gojenie ran i pomaga na ogólne osłabienie organizmu. Tłuszcz ten był towarem handlowym, sprzedawanym na jarmarkach i w aptekach po cenach znacznie wyższych niż pospolite tłuszcze zwierzęce. Problem polegał na tym, że pozyskiwano go najczęściej jesienią, kiedy świstaki, tuż przed zapadnięciem w sen zimowy, mają największe zapasy tkanki tłuszczowej. Zabijano je więc w norach, podczas snu, co jeden z ówczesnych przyrodników nazwał wprost „szatańską podłością". Świstak tatrzański, endemiczny podgatunek żyjący w stadach po kilkanaście osobników na halach i w piętrze turniowym, nie miał wielkich szans w starciu z człowiekiem. Jest zwierzęciem płochliwym i ostrożnym, ale nora to nora; kto ją zna, ten znajdzie śpiącego lokatora.
Skala procederu doprowadziła do dramatycznego spadku populacji obu gatunków. Ludwik Zejszner, geolog i badacz Tatr, podawał w połowie XIX wieku, że według górali w polskiej części gór żyło już mniej niż sto świstaków. Dane historyczne z 1881 roku mówią o zaledwie 30 osobnikach. Kozice znalazły się w równie opłakanym stanie, przetrzebione polowaniami prowadzonymi przez góralskich myśliwych zwanych koziarzami.
Sytuacja wymagała interwencji. I znaleźli się ludzie gotowi ją podjąć.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
Profesor i ksiądz
W 1864 roku przy Towarzystwie Naukowym Krakowskim powstała Komisja Fizjograficzna, zajmująca się badaniem przyrody ziem polskich. Wśród jej członków znaleźli się dwaj ludzie, którzy odegrają kluczową rolę w ocaleniu tatrzańskiej fauny: profesor Maksymilian Nowicki i ksiądz doktor Eugeniusz Janota.
Nowicki miał biografię typową dla polskiego uczonego w epoce zaborów: pełną zawirowań, wymuszoną mobilność, karierę budowaną z trudem i uporem. Urodzony w 1826 roku w Jabłonowie na Pokuciu, syn leśniczego lasów państwowych, zaczął studia prawnicze we Lwowie, ale musiał je przerwać z powodów politycznych. W okresie Wiosny Ludów brał udział w manifestacjach, co nie uszło uwadze władz austriackich. Wyrzucony z uczelni, przez ponad dekadę uczył w prowincjonalnych szkołach: w Brodach, Płotyczy pod Tarnopolem, w gimnazjum w Samborze. Nie zmarnował tego czasu: gromadził zbiory entomologiczne, badał chrząszcze i motyle wschodniej Galicji, nawiązał współpracę z Włodzimierzem Dzieduszyckim, twórcą słynnego Muzeum Przyrodniczego we Lwowie. W końcu w 1863 roku uzyskał doktorat z filozofii na Uniwersytecie Lwowskim i, jako pierwszy Polak, objął Katedrę Zoologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Miał wtedy 37 lat i naukowy dorobek, o którym młodsi koledzy mogli pomarzyć.
Od 1864 roku Nowicki regularnie jeździł w Tatry. Był nie tylko badaczem, ale i sprawnym wspinaczem. Wspinał się na Łomnicę, na Przełęcz koło Drąga, próbował zdobyć Gerlacha. Podczas górskich wycieczek towarzyszył mu Jędrzej Wala, ten sam, który niedługo potem zostanie pierwszym strażnikiem kozic.
Janota był postacią równie nietuzinkową. Ksiądz, nauczyciel gimnazjalny w Krakowie, doktor filozofii UJ na podstawie pierwszego polskiego przewodnika po Tatrach, przyrodnik i taternik (profesorem germanistyki na Uniwersytecie Lwowskim zostanie dopiero w 1871 roku). Człowiek, który potrafił przez pięć lat prowadzić obserwacje schwytanego świstaka w warunkach domowych, skrupulatnie opisując jego zachowanie podczas letniej aktywności i zimowej hibernacji. Nie był typem gabinetowego uczonego. Chodził po górach, znał góralskie realia i rozumiał mentalność ludzi, z którymi przyszło mu walczyć o ochronę przyrody.
W 1865 roku ukazała się anonimowa broszura pod tytułem „Upomnienie Zakopianów i wszystkich Podhalanów, aby nie tępili świstaków i kóz", datowana na 28 września. Jej głównym autorem był Janota, choć rola Nowickiego w powstaniu tekstu pozostaje przedmiotem dyskusji badaczy. Broszurę wydrukowano w Drukarni C.K. Uniwersytetu Jagiellońskiego i rozesłano do podhalańskich urzędów i proboszczów z prośbą o rozpropagowanie wśród góralskiego ludu.
Broszura nie miała nic wspólnego z łagodną edukacją przyrodniczą w dzisiejszym stylu. Ton był ostry, miejscami brutalny, bo taki musiał być, żeby trafić do górali, którzy nie słuchali delikatnych próśb. Nowicki i Janota nie szczędzili słów. Zabijanie kozic całymi rodzinami, bez litości dla samic i młodych, nazywali hańbą i okrucieństwem. Kłusownika „Jarząbka z Zakopanego", który zabił kozicę z młodym, stawiali za przykład czynu haniebnego. Z kolei pewną „ohydną i bezbożną Hankę Kicinę z Rogoźnika" publicznie demaskowano jako oszustkę sprzedającą pospolity tłuszcz zajęczy zamiast prawdziwego świstaczego sadła.
Broszura malowała też mroczną wizję przyszłości: puste, milczące hale i turnie, gdzie próżno szukać będzie zarówno świstaka, jak i turysty, bo turystów w góry przyciągała właśnie dzika fauna. To był argument ekonomiczny ukryty w emocjonalnym opakowaniu: zniszczycie zwierzęta, to zniszczycie źródło dochodu.
Efekt był połowiczny. Broszura uderzyła w czuły punkt, honor góralski i kieszenie handlarzy. Ale słowa to jedno, a prawo to drugie.
Kłusownicy w roli strażników
Równolegle z kampanią edukacyjną Nowicki i Janota podjęli działanie, które z dzisiejszej perspektywy wygląda na genialny manewr psychologiczny.
W 1866 roku, za zgodą dwóch właścicieli dóbr tatrzańskich, Adama Uznańskiego i Edwarda Homolacza, doprowadzili do zaprzysiężenia w urzędzie powiatowym w Nowym Targu strażników kozic i świstaków. Powstały dwie grupy: służba leśna Uznańskiego i służba dworska Homolacza. Kim byli ci strażnicy? Jędrzej Wala i Maciej Sieczka — legendarni „polowace", dwaj najskuteczniejsi kłusownicy tatrzańscy, znający każdy zakątek gór, doskonali przewodnicy i wspinacze.
Logika była prosta, choć wymagała odwagi: jeśli nie możesz pokonać wroga, zatrudnij go. Wala i Sieczka znali góry lepiej niż ktokolwiek inny, wiedzieli, gdzie zwierzęta mają ostoje, znali szlaki kłusownicze i metody polowań. Jako strażnicy mogli tę wiedzę wykorzystać do ochrony zamiast zabijania. Nowa praca pozwoliła im rozstać się z niebezpiecznym kłusowniczym procederem. Polowanie na kozice w wysokich partiach Tatr było przedsięwzięciem ryzykownym, wymagającym nie tylko kondycji fizycznej, ale i psychicznej odporności. Ludzie ginęli na ścianach skalnych, spadali w przepaście, zamarzali w burzach.
Walery Eljasz, malarz i autor „Ilustrowanego Przewodnika do Tatr" z 1870 roku, opisał ich tak: Walę i Sieczkę przedstawiał jako najsłynniejszych byłych skrytostrzelców, którzy goniąc za kozami i świstakami poznali każdy zakątek tatrzański. To były dzieci gór, nie gabinetu.
Straż finansowano z prywatnych funduszy, skromnych, bo Nowicki i Janota nie byli bogaczami. Była to inicjatywa czysto oddolna, bez wsparcia państwa, oparta na niepisanej umowie z właścicielami ziemskimi. I tu krył się problem.
Dwór kontra profesorowie
Tatrzańskie dobra należały wówczas w dużej mierze do rodziny Homolaczy, zamożnego rodu z Nowego Targu. Edward Homolacz, ówczesny dziedzic, sam był zapalonym myśliwym i traktował polowania na kozice jako swoje niekwestionowane prawo. Początkowo tolerował działania straży. Może nawet widział w niej pewien pożytek, bo uporządkowana ochrona mogła utrzymać populację na poziomie wystarczającym do dalszych polowań. Ale szybko się rozczarował, gdy okazało się, że strażnicy traktują swoją misję poważnie i nie zamierzają robić wyjątków dla pana.
Homolacz wrócił do polowań na kozice, wysyłając w góry uzbrojonych ludzi, własnych dworzan, którzy nie ukrywali się przed strażnikami, lecz traktowali ich z otwartą wrogością. Strażników postrzegano jako przeszkodę, uzurpatorów wtrącających się w sprawy właściciela. A ponieważ straż była tylko prywatną inicjatywą dwóch profesorów, bez żadnego umocowania prawnego, Homolacz miał po swojej stronie argument nie do zbicia: prawo własności. To jego góra, jego las, jego kozice. Profesor z Krakowa nie ma tu nic do gadania.
Jesienią 1868 roku sytuacja osiągnęła punkt krytyczny. Doszło do otwartych starć (zaciekłych, jak to opisują źródła) między strażnikami a ludźmi Homolacza. Współpraca z dworem załamała się ostatecznie. Homolacz dążył do likwidacji straży, a kłusownicy, zachęceni chaosem i widząc, że nawet panowie nie mogą się między sobą dogadać, wracali w góry ze zdwojoną energią.
I tu dochodzimy do sedna. Gdyby nie to, co wydarzyło się 5 października 1868 roku, historia ochrony tatrzańskiej przyrody mogłaby się w tym miejscu zakończyć.
Piąty października
Nowicki nie czekał biernie na rozwój wypadków. Równolegle z organizacją straży prowadził intensywny lobbing: w Towarzystwie Zoologiczno-Botanicznym w Wiedniu, w Komisji Fizjograficznej Towarzystwa Naukowego Krakowskiego, w urzędach, w prasie. Pisał artykuły popularnonaukowe, udzielał się na spotkaniach towarzyskich, rozmawiał z każdym, kto mógł mieć wpływ na decydentów. Szukał poparcia wszędzie, gdzie mógł je znaleźć.
Kluczowe było dotarcie do posłów galicyjskiego Sejmu Krajowego we Lwowie, organu, który w ramach autonomii Galicji miał kompetencje ustawodawcze w sprawach wewnętrznych. Galicja od 1867 roku cieszyła się szeroką autonomią w ramach monarchii austro-węgierskiej i Sejm Krajowy mógł stanowić prawo w wielu dziedzinach, w tym dotyczących ochrony zasobów naturalnych. To było okno możliwości, które Nowicki postanowił wykorzystać.
Projekt ustawy opracowali wspólnie Nowicki i Janota. Piątego października 1868 roku Sejm Krajowy go uchwalił, według zachowanych relacji bez większego oporu, co świadczy o tym, jak skuteczna była wieloletnia kampania lobbingowa obu profesorów. Posłowie, bombardowani artykułami prasowymi, petycjami towarzystw naukowych i alarmistycznymi raportami o stanie tatrzańskiej fauny, najwyraźniej uznali, że łatwiej zagłosować za ochroną świstaków niż tłumaczyć wyborcom, dlaczego pozwolili je wytępić.
Pełna nazwa aktu brzmiała: „Ustawa względem zakazu łapania, wytępienia i sprzedawania zwierząt alpejskich, właściwych Tatrom, świstaka i dzikich kóz". Ustawa zakazywała łapania, zabijania i handlu obu gatunkami, a za jej złamanie groziły kary. Podpisana przez cesarza Franciszka Józefa, nabrała mocy prawnej w lipcu 1869 roku.
Dlaczego ten akt jest tak istotny? Bo zmienił reguły gry. Dotychczasowe przepisy ochronne na świecie (o ile w ogóle istniały) dotyczyły głównie zakazu znęcania się nad zwierzętami domowymi lub regulacji polowań w kontekście praw własności (kto ma prawo polować na czyim gruncie). Galicyjska ustawa zrobiła coś jakościowo innego: objęła ochroną konkretne dzikie gatunki ze względu na zagrożenie ich wyginięciem, niezależnie od tego, na czyim gruncie żyją. To był przeskok od regulacji własnościowych do czegoś zupełnie nowego: ochrony gatunkowej motywowanej naukowo. Nie chodziło już o to, czyje jest zwierzę, lecz o to, czy gatunek w ogóle przetrwa.
Warto to docenić w kontekście epoki. W 1859 roku Karol Darwin opublikował „O pochodzeniu gatunków" zaledwie dziewięć lat wcześniej. Ekologia jako nauka nie istniała nawet z nazwy; termin wprowadzi Ernst Haeckel w tym samym roku, choć upłyną jeszcze dekady, zanim stanie się on powszechnie znany. Pojęcie „gatunku zagrożonego wyginięciem" nie było częścią żadnego dyskursu prawnego ani politycznego. A jednak dwaj galicyjscy uczeni potrafili przekonać parlament, że pewne zwierzęta zasługują na ustawową ochronę, bo grozi im zagłada. To było myślenie radykalnie wyprzedzające swój czas.
Historycy prawa podkreślają jeszcze jedną cechę ustawy: jej charakter „wyłącznie naukowy", jak to ujął Władysław Szafer, dokonując retrospektywnej oceny pół wieku później. Nie chodziło o ochronę zasobu gospodarczego, jak w przypadku średniowiecznych edyktów chroniących bobry czy cisy. Chodziło o zachowanie gatunków dla nauki i dla nich samych.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
Żelazny krzyż na polanie
Uchwalenie ustawy Nowicki uczcił gestem, który mówi więcej niż niejeden dokument. Na Waksmundzkiej Polanie ufundował żelazny krzyż: znak, że ta góra, ten krajobraz, te zwierzęta mają od teraz prawną ochronę.
Ustawa zmieniła też status straży. Wala i Sieczka, dotychczas działający na podstawie nieformalnej umowy, zyskali oparcie w prawie. Kiedy w 1873 roku powstało Towarzystwo Tatrzańskie (współfundatorami byli sam Nowicki, Janota, Walery Eljasz i Feliks Pławicki), jednym z jego statutowych zadań stała się kontynuacja starań o ochronę kozic i świstaków oraz utrzymanie straży leśnej. Towarzystwo szybko urosło do rangi najważniejszej organizacji kształtującej turystykę tatrzańską i stosunek Polaków do gór. W 1875 roku Wala i Sieczka zostali ponownie zatrudnieni jako strażnicy, tym razem pod auspicjami Towarzystwa i z nieco stabilniejszym finansowaniem.
Kozica stała się zresztą najbardziej rozpoznawalnym symbolem Tatr i pozostaje nim do dziś. Trudno powiedzieć, w jakim stopniu to zasługa ustawy z 1868 roku, a w jakim późniejszej kultury tatrzańskiej, ale jedno jest pewne: gdyby kozice wyginęły w XIX wieku, ten symbol nigdy by nie powstał.
Nowicki i Janota próbowali pójść dalej. Opracowali projekty kolejnych ustaw, o ochronie wybranych gatunków ptaków i ptaków wędrownych, ale te inicjatywy utknęły w biurokracji. Nie każda bitwa kończyła się sukcesem. Nowicki zmarł w 1890 roku w Krakowie, mając 64 lata. Oprócz dorobku w ochronie przyrody zostawił po sobie katedrę zoologii, współzałożone Krajowe Towarzystwo Rybackie (pierwszą organizację wędkarską na ziemiach polskich), ponad 150 publikacji naukowych i, co z perspektywy czasu wygląda na najtrwalsze osiągnięcie, ustawę o świstakach. Janota odszedł jeszcze wcześniej, w 1878 roku we Lwowie. Obaj nie doczekali powstania Towarzystwa Tatrzańskiego w jego dojrzałej formie ani dalszych sukcesów ruchu ochrony przyrody, który sami zapoczątkowali.
Czy ustawa zadziałała?
To pytanie zasługuje na uczciwą odpowiedź, a nie na triumfalizm.
Kłusownictwo nie ustało z dnia na dzień. Górale nadal polowali na kozice, tyle że teraz robili to nielegalnie. Edward Homolacz i jemu podobni nie zniknęli. Egzekucja prawa w odległych górskich dolinach, gdzie nie docierał żaden urzędnik, pozostawała fikcją. W Tatrach Bielskich, należących do księcia Hohenlohego, kozice zabijano masowo i żadna ustawa galicyjskiego Sejmu nie mogła temu zapobiec, bo to był inny kraj i inne prawo.
Obie wojny światowe przyniosły kolejne fale kłusownictwa. Po II wojnie po polskiej stronie Tatr pozostało zaledwie 26 kozic. Dwadzieścia sześć. Niewiele więcej niż palców u rąk i nóg.
A jednak — gatunek przetrwał. Rygorystyczna ochrona zapoczątkowana utworzeniem Tatrzańskiego Parku Narodowego (formalnie powołanego w 1954, działającego od 1 stycznia 1955 roku) i jego słowackiego odpowiednika doprowadziła do wzrostu populacji. W szczytowym momencie, w latach sześćdziesiątych XX wieku, w Tatrach żyło ponad 1100 kozic. Później nastąpił gwałtowny spadek. Na początku lat dziewięćdziesiątych populacja skurczyła się do krytycznego poziomu około 220 osobników, co wywołało alarm wśród przyrodników. Na szczęście tendencja się odwróciła. Ostatnie wspólne polsko-słowackie liczenie (prowadzone od 1957 roku, co czyni je najstarszym dwunarodowym monitoringiem przyrodniczym w Europie) wykazało kilkaset osobników po obu stronach granicy. Rekordowy wynik osiągnięto jesienią 2018 roku, kiedy naliczono ponad 1400 kozic.
Świstaki tatrzańskie, choć nadal klasyfikowane jako gatunek o wysokim ryzyku wyginięcia, liczą dziś około tysiąca sztuk w polskiej części Tatr. Dla ich ochrony władze TPN zamknęły kilka szlaków turystycznych przebiegających przez kluczowe stanowiska i utworzyły wysokogórskie obwody ochronne.
Trudno jednoznacznie powiedzieć, jaki udział w tym sukcesie miała ustawa z 1868 roku. Pewne jest, że bez niej tatrzańska przyroda nie miałaby żadnej formalnej ochrony przez kolejne dekady, aż do międzywojennej ustawy o ochronie przyrody z 1934 roku. Sama ustawa nie wystarczyła, ale bez niej nie byłoby straży, nie byłoby Towarzystwa Tatrzańskiego z ochroną przyrody w statucie, nie byłoby precedensu prawnego, na który powoływali się późniejsi obrońcy przyrody.
Dziedzictwo
Historia ustawy z 1868 roku to historia kilku uporczywych ludzi, którzy zrobili coś, co wydawało się niemożliwe: przekonali parlament do ochrony świstaków. W autonomicznej Galicji, nie w niepodległym państwie. W epoce, gdy ochrona gatunkowa dzikich zwierząt nie miała żadnego precedensu prawnego.
Nowicki nie był romantykiem. Był zoologiem, znawcą chrząszczy i motyli, organizatorem rybołówstwa, autorem podręczników szkolnych. Janota nie był ekologicznym aktywistą, lecz księdzem, germanistą i taternikiem. Obaj działali w ramach ówczesnych instytucji: Towarzystwa Naukowego, Komisji Fizjograficznej, Sejmu Krajowego. Nie rewolucjonizowali systemu, lecz go wykorzystali. I to jest może najważniejsza lekcja z tej historii: skuteczna ochrona przyrody rzadko bywa rewolucją. Częściej jest żmudnym lobbingiem prowadzonym przez ludzi, którym nie brakuje cierpliwości.
Ich metody stały się wzorem dla następców. Kiedy pół wieku później profesor Władysław Szafer budował zaplecze pod pierwszą ogólnopolską ustawę o ochronie przyrody (uchwaloną w 1934 roku), korzystał z dokładnie tego samego schematu: zaczynał od inwentaryzacji i edukacji, organizował ciało doradcze, szukał poparcia politycznego, a na końcu przekuwał wiedzę w prawo. Galicyjski precedens, dowód że się da, był częścią tego dziedzictwa. Ustawa z 1868 roku, choć dotyczyła tylko dwóch gatunków w jednym paśmie górskim, udowodniła, że ochrona przyrody może być przedmiotem legislacji. Że nie jest to domena romantyków, lecz poważna kwestia prawna.
A Wala i Sieczka? Dwaj kłusownicy, którzy zostali pierwszymi strażnikami przyrody w polskich górach. Maciej Sieczka był ojcem równie sławnego przewodnika Klimka Sieczki, który kontynuował tatrzańską tradycję. Jan Gwalbert Pawlikowski, wielki filozof ochrony przyrody i autor rozprawy „Kultura a natura", wspinał się w Tatrach niemal zawsze z Maciejem Sieczką jako przewodnikiem. Trudno o lepszą ilustrację ciągłości: kłusownik nawrócony na strażnika prowadzi po górach człowieka, który za kilka dekad napisze intelektualny manifest polskiej ekologii.
Samych Walę i Sieczkę upamiętnia się dziś jako legendarne postaci tatrzańskie, ale rzadko w kontekście ochrony przyrody. A to właśnie oni pilnowali, żeby ustawa profesora Nowickiego nie pozostała martwą literą.
Ustawa galicyjska z 1868 roku bywa czasem pomijana w podręcznikowych historiach polskiej ekologii. Cień rzuca na nią „poważniejsza" ustawa o ochronie przyrody z 1934 roku, pierwszy kompleksowy akt ogólnopolski. Ale to tamta, wcześniejsza o ponad sześćdziesiąt lat, lwowska ustawa o świstakach i „dzikich kozach" była naprawdę pierwsza. I naprawdę zmieniła bieg historii, przynajmniej dla kilkuset zwierząt na tatrzańskich halach.
Następnym razem, gdy na górskim szlaku usłyszysz przenikliwy świst, ten charakterystyczny alarm, od którego świstak wziął swoją polską nazwę, pomyśl, że to zwierzę istnieje między innymi dlatego, że w 1865 roku dwóch profesorów napisało anonimową broszurę zawstydzającą górali. Że w 1866 roku zatrudnili dwóch kłusowników jako strażników. Że w 1868 roku przekonali parlament, który nie był nawet parlamentem niepodległego państwa, do uchwalenia ustawy chroniącej gryzonia i kozę.
Żelazny krzyż na Waksmundzkiej Polanie dawno zardzewiał i znikł. Kozice zostały.
Literatura i źródła
- Kozica tatrzańska – Wikipedia hasło encyklopedyczne
- Maksymilian Nowicki – Wikipedia hasło encyklopedyczne (ang.)
- Ochrona przyrody w Polsce – Wikipedia hasło encyklopedyczne
- Ochrona przyrody Tatr i powstanie Tatrzańskiego Parku Narodowego – Polskie Towarzystwo Tatrzańskie artykuł historyczny / organizacja turystyczna
- Kraj, którego nie było. Ochrona przyrody na ziemiach polskich pod zaborami (część 2) – Dzikie Życie artykuł publicystyczno-historyczny
- Kozica, świstak i pionierska ustawa o ochronie zwierząt – Polskie Radio 24 artykuł popularnonaukowy
- Kozica tatrzańska – GóryDlaCiebie.pl artykuł popularnonaukowy / portal górski
- Nowicki-Siła Maksymilian – Encyklopedia Krakowa biogram / encyklopedia regionalna
- Patron szkoły — Maksymilian Siła-Nowicki – ZS Sieraków biogram edukacyjny
- Świstak – uroczy mieszkaniec Tatr – Regionalne Magazyny Ekologiczne artykuł ekologiczny
- Co zawija świstak w Tatrach? – i.pl artykuł popularny
- Ochrona przyrody w Tatrach — rys historyczny – Roczniki Bieszczadzkie artykuł naukowy
- Świstak, czyli Marmota marmota – PortalGorski.pl hasło leksykonowe / portal górski
- 5 października 1868 – Dzieje.pl kalendarz historyczny
- Z miłości do ziemi. Ochrona przyrody w latach 1918–1939 (część 1) – Dzikie Życie artykuł publicystyczno-historyczny