Balonik z helem jest czymś tak zwyczajnym, że nie zastanawiamy się, co właściwie trzymamy w ręku. Gumowa powłoka, sznurek, kilkanaście litrów gazu, który ciągnie ku górze. Dziecko puszcza — i balonik znika w niebie. Koniec zabawy.

Tyle że to nie jest koniec. Gumowa powłoka pęka w stratosferze, a uwolniony hel wędruje dalej. Przez mezopauzę, termosferę, egzosferę — aż tam, gdzie grawitacja Ziemi przestaje wystarczać. Każdy atom helu, który przekroczy tę granicę, odchodzi na zawsze. Nie ma drogi powrotnej.

Na Ziemi nowego helu nie da się wyprodukować. Można go jedynie wydobyć z podziemnych kieszeni geologicznych, gdzie gromadził się przez miliony lat jako produkt uboczny rozpadu radioaktywnego. Miliony lat akumulacji — wypuszczone w atmosferę w pół godziny przyjęcia urodzinowego.

Ten sam gaz chłodzi magnesy rezonansów magnetycznych, bez których współczesna medycyna jest ślepa. Trzyma w ryzach akceleratory cząstek. Umożliwia produkcję chipów, na których opiera się cała cyfrowa cywilizacja.

Drugi najpospolitszy pierwiastek we Wszechświecie. Na Ziemi — jeden z najrzadszych surowców, którego nie sposób zastąpić. I jedyny, który dosłownie ucieka nam w kosmos.