4 listopada 2008, wieczór, Grant Park w Chicago. Ćwierć miliona ludzi płacze, śmieje się, obejmuje nieznajomych. Na scenę wchodzi szczupły mężczyzna w ciemnym garniturze. Ma czterdzieści siedem lat i imię, którego żaden spin doktor by nie wymyślił: Barack Hussein Obama.
Dwadzieścia trzy lata wcześniej ten sam człowiek zarabiał dwanaście tysięcy dolarów rocznie, chodząc od drzwi do drzwi po komunalnych osiedlach południowego Chicago. Organizował zebrania parafialne. Rozmawiał z ludźmi, którzy mieli wszelkie powody, żeby nie ufać nikomu z zewnątrz.
A jeszcze wcześniej? Chłopiec wychowywany przez dziadków na Hawajach. Sześciolatek w szkole w Dżakarcie. Syn ojca, którego widział raz w życiu po jego wyjeździe do Kenii — i który zginął w wypadku samochodowym, nie dożywszy pięćdziesiątki.
Między tymi scenami nie ma prostej linii. Jest za to biografia tak pokręcona, że gdyby ktoś ją wymyślił dla powieści, recenzenci uznaliby fabułę za przesadzoną.
Jak ktoś z taką biografią trafia na scenę w Grant Park?
To pytanie jest ciekawsze niż większość odpowiedzi, które na nie padają.