Fred Haise wie, jak wygląda Księżyc z odległości, na jaką nie dociera żaden sygnał ratunkowy. W kwietniu 1970 roku leciał tam jako pilot Apollo 13 — misji, która miała lądować, a zamiast tego stała się najsłynniejszą improwizacją w historii astronautyki. Jego kapsuła oddaliła się od Ziemi na ponad 400 tysięcy kilometrów. Nikt od tamtego czasu nie był dalej.

Pięćdziesiąt sześć lat później Haise spotkał Christinę Koch, inżynierkę i astronautkę, która ma zasiąść na pokładzie kapsuły Orion w ramach Artemis II. Powiedział jej jedno zdanie: „Słyszałem, że zamierzacie pobić nasz rekord."

Jest coś niezwykłego w tym, że rekord odległości od domu trzyma misja, która prawie zakończyła się śmiercią załogi. Że człowiek, który go ustanowił, żyje, pamięta i czeka. Że ktoś wreszcie po niego sięga.

Między tamtym lotem a tym stoi ponad pół wieku ciszy. Pół wieku, w którym ludzkość nie odważyła się — albo nie potrafiła — wrócić dalej niż na kilkaset kilometrów od powierzchni Ziemi.

Teraz czworo astronautów przygotowuje się do startu. Rakieta stoi na wyrzutni. Osłona termiczna, która podczas ostatniej próby pękała w nieprzewidywalny sposób, nie została wymieniona — zmieniono za to kąt, pod jakim kapsuła wejdzie w atmosferę.

Czy to wystarczy? Haise pewnie rozumie wagę tego pytania lepiej niż ktokolwiek.