Jesienią, kiedy świstaki zasypiają w norach z ostatnimi zapasami tłuszczu pod skórą, są najłatwiejszym łupem. Kto zna norę, ten znajdzie śpiącego lokatora. Wyciągnie go, zabije, sprzeda sadło na jarmarku jako cudowny lek na przepuklinę i kaszel. Jeden z ówczesnych przyrodników nazwał to „szatańską podłością".

W połowie XIX wieku w polskich Tatrach żyło mniej niż sto świstaków. Kozice przetrzebiono podobnie. Kłusownicy znali każdy zakamarek, każdą ścieżkę, każde legowisko.

Dwóch krakowskich profesorów wpadło wtedy na pomysł, który wygląda na szaleństwo: zatrudnić najgroźniejszych kłusowników jako strażników. Jędrzej Wala i Maciej Sieczka — legendarni „polowace" — złożyli przysięgę w urzędzie powiatowym w Nowym Targu. Od tego dnia mieli chronić zwierzęta, które jeszcze niedawno zabijali.

Nie z miłości do natury zmienili stronę. Ze zmęczenia. Polowanie na kozice na tatrzańskich ścianach skalnych było zajęciem, przy którym ludzie spadali w przepaście i zamarzali w burzach. Nowa rola oferowała to samo, co góry, minus ryzyko śmierci za każdym razem.

Syn jednego z nich, Klimek Sieczka, został legendą tatrzańskiego przewodnictwa. Kłusownik nawrócony na strażnika wychował dziecko, które prowadziło po górach ludzi zamiast za zwierzyną. Ile pokoleń musi minąć, żeby ścieżka zmieniła kierunek?