Obie strony nazywały to „młynem do mięsa". Kłóciły się o wiele, ale na tę metaforę się zgodziły.
Bachmut nie miał znaczenia strategicznego — mówił to otwarcie amerykański sekretarz obrony, powtarzali analitycy NATO, przyznawali w kuluarach ukraińscy oficerowie. A mimo to przez dziesięć miesięcy dwie armie wrzucały w jedno siedemdziesięciotysięczne miasto więcej ludzi i amunicji niż w jakiekolwiek inne starcie w Europie od 1945 roku. Walczono o zrujnowane budynki, z których zostawały już tylko kontury. Potem walczono o kontury.
Logika była lustrzana: Rosja wiązała ukraińskie siły, żeby zyskać czas. Ukraina wiązała rosyjskie siły, żeby nie stracić twarzy. Każda strona tłumaczyła siebie samą słowami drugiej. I żadna nie mogła się wycofać, bo wycofanie kosztowałoby więcej niż trwanie.
Wiosną 2023 roku świat czekał na kontrofensywę, wielki zwrot, moment, w którym zachodni sprzęt odmieni losy wojny. Nikt nie zauważył, że punkt zwrotny już nastąpił — tylko wyglądał jak bezruch.
Bo kiedy dwie armie wrzucają wszystko, co mają, w jedno miejsce i nie przesuwają frontu o kilometr — to nie jest pat. To jest nowy kształt wojny. Pytanie tylko, ile czasu potrzeba, żeby to zobaczyć.