W połowie XX wieku po amerykańskich laboratoriach krążył żart o Marsjanach. Chodziło o Węgrów — naukowców, którzy mówili z akcentem niemożliwym do zidentyfikowania, myśleli szybciej niż wszyscy wokół i najwyraźniej nie mogli pochodzić z tej planety. Żart był zabawny. Pytanie, które za nim stało, było jednak poważne.
Bo Budapeszt — jedno miasto, niespełna milion mieszkańców na przełomie wieków — wydał kilkunastu noblistów, twórcę architektury komputera, odkrywcę witaminy C, wynalazcę holografii i człowieka, który sformułował koncepcję łańcuchowej reakcji jądrowej. Kraj mniejszy od Portugalii, zamknięty bez dostępu do morza, posługujący się językiem, którego nikt w promieniu tysięcy kilometrów nie rozumie.
Może właśnie w tym tkwi wskazówka. Węgierski nie ma krewnych w sąsiedztwie — najbliżsi kuzyni mieszkają nad rzeką Ob w zachodniej Syberii. Kto rośnie w języku, który jest wyspą, uczy się patrzeć na rzeczy z zewnątrz. Budować od zera. Przyjmować logikę, której inni nie znają.
Amerykanie szukali odpowiedzi w żartach. Ale prawdziwe pytanie brzmi inaczej: co takiego ma w sobie miejsce, w którym uralski język, habsburska dyscyplina, osmańskie łaźnie i budapeszteńskie gimnazja spotykają się na kilkudziesięciu kilometrach kwadratowych — że rodzi się z tego coś, czego reszta świata nie potrafi powtórzyć?