Przez tysiąclecia sekunda była prosta: ułamek obrotu Ziemi wokół własnej osi. Jedna osiemdziesiąt sześciotysięczna czterechsetna część doby. Definicja tak oczywista, że nikt jej nie kwestionował — bo nikt nie miał narzędzia wystarczająco czułego, żeby zauważyć problem.
Potem w 1927 roku dwóch inżynierów z Bell Labs zamknęło kryształ kwarcu w obwodzie elektrycznym. Kryształ drgał z częstotliwością tak stabilną, że zegar, który na nim oparli, zaczął rejestrować coś niepokojącego: Ziemia nie obraca się równomiernie. Doba nie jest taka sama co doba. Standard, którego ludzkość używała od zarania cywilizacji, okazał się nierówny.
Miara przerosła mierzone.
Astronomowie najpierw powiązali sekundę z rokiem tropikalnym — ale to było łatanie dziury. Rozwiązanie przyszło z jeszcze głębszego poziomu materii: z atomu cezu, którego przejścia energetyczne drgają zawsze tak samo, niezależnie od tego, gdzie we Wszechświecie się znajduje. W 1967 roku sekunda przestała być fragmentem ruchu planety. Stała się liczbą: 9 192 631 770 oscylacji atomu.
Sześć tysięcy lat wcześniej ktoś wbił patyk w ziemię i obserwował jego cień. Dziś liczymy drgania niewidocznych atomów. Ale pytanie, które za tym stoi, nie zmieniło się ani o jotę — zmienił się tylko poziom, na którym nie umiemy na nie odpowiedzieć.