Jest pewien schemat, który powtarza się z niezawodnością praw fizyki. Wielka platforma robi coś nie do przyjęcia — algorytm promuje dezinformację, właściciel zmienia reguły z dnia na dzień, dane wyciekają. Miliony ludzi mówią: „Dość. Odchodzę." Rejestrują się na Mastodonie, Bluesky, czymkolwiek, co nie należy do miliardera. A potem, kiedy emocje opadają, wracają tam, gdzie byli.
To trochę jak z powodzią. Po katastrofie wszyscy rozmawiają o przeprowadzce na wyżej położone tereny. Szukają działek, porównują ceny. A kiedy woda się cofa i ulice wyschną — zostają w tych samych domach, na tej samej nizinie, nad tą samą rzeką.
Tymczasem istnieje coś, o czym rzadko się mówi. Za każdym razem, gdy fala odpływa, na wyżej położonych terenach zostaje garstka osadników. Mała, ale trwała społeczność, która nie wróciła. I z każdą kolejną powodzią ta społeczność rośnie.
Pytanie nie brzmi: czy alternatywne sieci społecznościowe zastąpią wielkich graczy. Pytanie brzmi: ile powodzi potrzeba, żeby ludzie przestali odbudowywać domy w tym samym miejscu?