Głos brzmiał jak jego. Tłum go rozpoznawał, skandował, unosił transparenty. Tyle że człowiek, do którego ten głos należał, siedział w celi pod Rawalpindi i nie wypowiedział ani jednego z tych słów. Ułożyła je i odczytała sztuczna inteligencja.

Na kilka dni przed głosowaniem jego partii odebrano nawet symbol — kij do krykieta, po którym w kraju, gdzie wielu dorosłych nie umie czytać, rozpoznaje się kandydata na karcie. Drugi szereg liderów trafił za kraty albo został zmuszony do milczenia. Wszystko, co da się politykowi odebrać, zostało odebrane.

A jednak ludzie firmowani jego nazwiskiem zdobyli najwięcej mandatów ze wszystkich ugrupowań. Więzień okazał się silniejszy od rywali chodzących na wolności.

Jest w tym coś, co nie mieści się w wygodnym podziale na dyktaturę i demokrację. Można kogoś zamknąć, rozbić jego partię, wymazać go z kart do głosowania — i wciąż przegrać z nim przy urnie. Można też wygrać samo liczenie głosów i mimo to nie rządzić naprawdę.

Wybory się odbyły. Parlament działa, opozycja istnieje, sądy bywają niewygodne dla władzy. A mimo to zostaje pytanie, którego żadna z tych instytucji nie zamknęła: co właściwie znaczy „wygrać wybory” w kraju, w którym ostatnie słowo rzadko należy do tych, którzy głosują?