Sto cztery mecze tego turnieju jeszcze się nie odbyły, a wynik każdego z siedemdziesięciu dwóch spotkań fazy grupowej jest już zapisany. Nie w archiwum, lecz w prognozie wystawionej, zanim piłka choć raz potoczyła się po boisku.

To gest na opak. O przyszłości wypowiadamy się zwykle dopiero wtedy, gdy zdążyła już minąć — z bezpiecznego dystansu, z którego łatwo orzec, co było do przewidzenia. Tutaj jest odwrotnie: typ powstaje przed czasem i z góry godzi się na wyrok rzeczywistości.

A rzeczywistość bywa dla prognoz bezlitosna. Pojedynczy rykoszet, czerwona kartka w dwudziestej minucie, seria rzutów karnych w doliczonym czasie gry — każdy z tych drobiazgów potrafi unieważnić najstaranniejszą analizę. Autor prognozy wie o tym dokładnie w chwili, gdy ją spisuje. A jednak opatruje ją datą.

Bo to właśnie data jest tu stawką. Nie chodzi o to, żeby trafić wszystko, lecz żeby zapisać konkretne zdanie i nie dać sobie później taryfy ulgowej. Zakład postawiony o północy zapomina się nazajutrz; prognoza z datą cierpliwie czeka.

Co właściwie znaczy zobowiązać się do własnej omylności na konkretny dzień? I co zostaje z odwagi przewidywania, gdy kartka z typami trafia do szuflady, by otworzyć ją dopiero 19 lipca?