Na krzyżu Orderu Orła Białego widniał łaciński skrót dawnej dewizy: za wiarę, króla i prawo. Ale nie na każdym egzemplarzu. Gdy odznaczenie trafiało do panującego monarchy, jubiler zmieniał jedno słowo. „Rege", czyli „króla", ustępowało miejsca słowu „grege" — „trzodzie", „ludowi". Król nie mógł przecież ślubować wierności królowi.

Drobiazg, łatwy do przeoczenia pod warstwą czerwonej emalii. A jednak w jednym przerobionym słowie mieści się pytanie, które order nosił w sobie od pierwszego dnia. Wymyślono go po to, by wiązać ludzi wiernością. Magnatów z chwiejącym się na tronie władcą, sojuszników z dworem, który nie miał im wiele do zaoferowania prócz medalionu na błękitnej wstędze. Wierność była całym sensem tego przedmiotu.

Tylko że na samym szczycie wierność nie miała już ku czemu się zwrócić. Monarcha odbierał ten sam znak co jego poddani, lecz przysięgać mógł najwyżej własnemu ludowi. Order, który spajał całą hierarchię, na jej wierzchołku natrafiał na pustkę i musiał się przed nią cofnąć o jedno słowo.

Grawer rozwiązywał ten problem w milczeniu, dłutem. Kto z noszących krzyż zauważał, że nie wszystkie są takie same?