Szwedzi nie przywieźli slajdów. Na spotkaniu z polskimi bankierami w 2013 roku wyjęli telefon, połączyli się przez Skype i kupili napój z automatu stojącego po drugiej stronie linii. Prototyp działał. Z tej jednej demonstracji wyrósł później BLIK.
Najciekawsze było jednak to, czego nie dało się zobaczyć. Telefon i automat wcale ze sobą nie rozmawiały. Nie było między nimi żadnego sygnału, żadnego zbliżeniowego dotyku. Aplikacja w telefonie sięgała do serwera, automat sięgał do niego osobno, a łączył je wyłącznie jednorazowy kod — ten sam ciąg cyfr, rozpoznawany niezależnie po obu stronach.
Na tym polega cała sztuczka, którą dziś powtarzamy kilkanaście razy w miesiącu, w ogóle o niej nie myśląc. Sześć cyfr pojawia się na ekranie i żyje około dwóch minut. W tym czasie istnieje w dwóch miejscach naraz — w naszym telefonie i przy sklepowej kasie — choć te dwa miejsca nigdy się ze sobą nie kontaktują. Potem kod znika, jakby go nigdy nie było, a pieniądze są już gdzie indziej.
Płacimy więc nie kartą, nie gotówką, nawet nie zbliżeniowym gestem. Płacimy zgodą dwóch maszyn, że przez dwie minuty ten sam ciąg cyfr znaczy dokładnie to samo.
Co właściwie trzymamy w ręku, kiedy płacimy kodem — pieniądz, obietnicę, czy tylko ulotne porozumienie, które za chwilę przestanie istnieć?