Pytany o swój głos, miał gotową odpowiedź. Twierdził, że urodził się z czterema dodatkowymi siekaczami i że nigdy nie kazał ich usunąć, bo bał się, że straci brzmienie. Wyjaśnienie było proste, obrazowe i łatwe do zapamiętania. Powtarzał je chętnie.
Prawda była inna i znacznie mniej wygodna do opowiedzenia w wywiadzie. Kiedy dekady później badacze rozłożyli jego nagrania na czynniki pierwsze, okazało się, że to, co brano za nadludzką skalę, ma źródło w zjawiskach, których sam pewnie nie umiałby nazwać — i które łączą go z tradycją śpiewu odległą o tysiące kilometrów od londyńskiego studia.
Ale to już nie była opowieść na scenę. Mercury wolał wersję z zębami, i podobnie postępował z resztą. Imię, pochodzenie, później chorobę podawał w formie, która nie wymagała komentarza. Brał coś skomplikowanego i zostawiał publiczności gładką powierzchnię, po której wzrok się ślizgał.
Zostaje pytanie, na które on sam nigdy nie odpowiedział wprost. Ile z tego, co braliśmy za wyznanie, było kolejną maską — dobraną tak starannie, żebyśmy przestali pytać dalej?