Seweryn Kahane wciąż trzymał w ręku słuchawkę telefonu, wzywając pomocy, gdy padł strzał. Pomoc nie nadeszła, choć i bezpieka, i wojsko były tego dnia w Kielcach.

Kilka godzin wcześniej, rankiem 4 lipca 1946 roku, ten sam człowiek przyszedł na komisariat z prośbą, która wydawała się prosta. Zatrzymano właśnie przypadkowego przechodnia w zielonym kapeluszu — ośmioletni chłopiec wskazał go jako tego, który miał go porwać i uwięzić. Kahane, przewodniczący miejscowego komitetu żydowskiego, tłumaczył cierpliwie: w kamienicy przy Planty 7, gdzie rzekomo trzymano dziecko, nie ma żadnej piwnicy. Nie ma więc gdzie kogokolwiek zamknąć. Cała historia jest zmyślona.

Miał rację co do joty. Późniejsze przeszukanie budynku potwierdziło, że piwnic tam nie było. Tyle że nikt już tego nie słuchał.

Pogłoska ruszyła w miasto szybciej, niż prawda mogła ją dogonić. Zdążyła obiec Kielce, zanim ktokolwiek zapytał o piwnicę. Kahane był dalekim krewnym Stanisława Lema; po latach Julian Kornhauser napisał o jego śmierci wiersz. W lipcu 1946 roku był po prostu pierwszym, który nazwał kłamstwo kłamstwem — i nie dożył wieczora.

Ilu z tych, którzy tłoczyli się wtedy przed kamienicą, słyszało, że żadnej piwnicy tam nie ma?