Są kibice, których z trybuny nie wyprasza klub, tylko inni kibice. Juliusz Wrzosek stracił miejsce na Żylecie, najbardziej radykalnym sektorze stadionu Legii, ponieważ nie chciał śpiewać pozdrowień dla kibiców siedzących w więzieniach. Kilku jego znajomych, związanych z Polonią, przechodziło w tym samym czasie przez dokładnie to samo u siebie.
Podział między tymi dwiema trybunami należy w Warszawie do rzeczy uznawanych za nienaruszalne. A jednak to właśnie ludzie wypchnięci z obu stron zaczęli się spotykać — w barze przy Brzeskiej, naprzeciwko bazaru Różyckiego, na starej Pradze-Północ. Nie po to, żeby zakładać organizację. Po to, żeby mieć dokąd pójść w sobotę.
Wrzosek tłumaczył to potem dziennikarzom najprościej, jak się dało: komuś trzeba kibicować. Zdanie brzmi jak wzruszenie ramion, a mieści całą logikę tego, co powstało później. Kibicowanie przestaje tu być konsumowaniem cudzego widowiska. Staje się czynnością, którą trzeba wykonać wobec kogoś, a jeśli nie ma wobec kogo, to trzeba sobie tego kogoś zorganizować od zera.
Jedenaście lat później ten sam człowiek stoi przed meczem przy bramce miejskiego boiska na Szmulowiźnie i sprzedaje bilety. Nie jako właściciel, bo w tym klubie nikt nie jest właścicielem osobno. Nie jako gość honorowy, bo takiej funkcji tu nie przewidziano.
Polska piłka zna dziesiątki historii kibiców, którym odebrano ich klub: przez upadłość, przeprowadzkę, nowego inwestora, wyrok sądu. Znacznie rzadziej opowiada o tych, którym trybunę odebrali swoi. Ilu z nich, zamiast przestać przychodzić, zbudowało trybunę od nowa?