Najtrudniejsza rozmowa to nie ta, w której gość podnosi głos.

Andrzej Morozowski, który przez szesnaście lat prowadził w TVN24 „Tak jest”, mówił o tym trochę wbrew intuicji widza. Kiedy siada się naprzeciwko kogoś, z kim się nie zgadza, argumenty przychodzą same. Wystarczy pamiętać, co ten człowiek deklarował rok wcześniej. Gorzej, gdy po drugiej stronie stołu jest ktoś myślący podobnie. Wtedy rozmowa osuwa się w potakiwanie i obaj wychodzą ze studia zadowoleni, nie dowiedziawszy się niczego.

To spostrzeżenie o zawodzie, ale nie tylko o nim. Rozmowy wygodne bywają bezproduktywne. Niewygodne bywają odwrotnie.

Miał na to swój znak firmowy: brew w górę, półuśmiech i sekunda ciszy, zanim padło następne pytanie. Ta sekunda nie była chwytem inscenizacyjnym. Była miejscem, w którym rozmówca mógł jeszcze coś dorzucić — i czasem dorzucał coś, czego nie planował.

W 2021 roku, pięć lat przed śmiercią, odpowiadał widzom na pytania o gości swoich programów. Przyznał wtedy bez ostrożności, że po prostu ich lubi. Dzieliło ich mnóstwo. Rozmawiało się dobrze.

Warsztat zaczyna się od wiedzy, o co zapytać. Ale wcześniej jest jeszcze jedno założenie: że druga osoba może powiedzieć coś, czego się nie przewidziało.

Łatwo sprawdzić, po której stronie tego paradoksu stoi się samemu. Wystarczy przypomnieć sobie ostatnią rozmowę, po której cokolwiek się zmieniło.