Trzeciego września 2023 roku, jedenaście dni po lądowaniu, centrum kontroli w Bengaluru wysłało do Vikrama polecenie, którego nikt wcześniej nie zapowiadał. Lądownik odpalił silniki, uniósł się na mniej więcej czterdzieści centymetrów i opadł kilkadziesiąt centymetrów obok.
Obserwator stojący wtedy na księżycowej wyżynie niewiele by z tego zrozumiał. Krótkie drgnięcie i maszyna znów nieruchoma, tylko odrobinę dalej.
Tymczasem sprawdzano właśnie to, bez czego żadna sonda nie przywiezie na Ziemię ani grama księżycowego gruntu: zdolność do ponownego oderwania się od powierzchni. Lądowanie jest tylko połową zadania. Kto chce wrócić, musi jeszcze wystartować, i to z miejsca, gdzie nie ma wyrzutni ani ludzi, którzy przed odlotem cokolwiek sprawdzą.
Dzień później Vikram i łazik Pragyan zostały uśpione. Nad lądowiskiem zapadała księżycowa noc: dwa tygodnie ciemności i mrozu poniżej minus 180 stopni, na który ich elektronika nie była przygotowana. Pod koniec września próbowano je obudzić. Żaden z nich nie odpowiedział.
Maszyna, która nie miała już dokąd lecieć, zdążyła przećwiczyć odlot. Pierwszy odcinek drogi powrotnej mierzył czterdzieści centymetrów i na razie na nim się kończy.