Pod koniec listopada 2020 roku delegaci AfD zjechali do Kalkaru, żeby rozstrzygnąć spór ciągnący się od powstania partii. Chodziło o emerytury. Ugrupowanie miało wtedy za sobą ponad siedem lat istnienia i wciąż nie dorobiło się własnej odpowiedzi na najbardziej przyziemne pytanie niemieckiej polityki.
Na stole leżały dwa pomysły. Jörg Meuthen chciał znieść ustawowe ubezpieczenie emerytalne i zostawić w jego miejsce skromne świadczenie z budżetu, ledwie powyżej poziomu utrzymania, resztę powierzając prywatnym oszczędnościom. Björn Höcke proponował odwrotność: rozbudować system, w którym składki pracujących idą na bieżące wypłaty, i dopisać do niego dodatek, który przysługiwałby samym obywatelom Niemiec.
Zjazd wybrał wariant Höckego. Poparło go 88,6 procent delegatów.
Warto zatrzymać się przy tej liczbie. Głosowanie dotyczyło składek i wypłat, a rozstrzygało coś zupełnie innego. Partia założona przez ekonomistów spierających się o konstrukcję wspólnej waluty uznała właśnie, że o jej programie gospodarczym nie przesądza rachunek, tylko odpowiedź na pytanie, komu państwo jest coś winne.
Meuthen odszedł nieco ponad rok później. Nie był pierwszym liderem AfD, który próbował hamować radykalne skrzydło i przegrał.
Zjazdy poświęcone systemowi emerytalnemu rzadko trafiają na pierwsze strony. A partie zmieniają się właśnie na takich salach, nie na wiecach.