Wieczorem 4 listopada 2008 roku w chicagowskim Grant Park zebrało się ćwierć miliona ludzi. Na scenę wszedł czterdziestosiedmioletni mężczyzna, który właśnie został pierwszym czarnoskórym prezydentem w ponad dwustutrzydziestoletniej historii Stanów Zjednoczonych. Żeby zrozumieć, jak tam trafił — i co z tego wynikło — trzeba cofnąć się o prawie pół wieku.
Skąd
Barack Hussein Obama II urodził się w 1961 roku w Honolulu na Hawajach. Matka z Kansas, ojciec — kenijski student ekonomii, jeden z pierwszych afrykańskich stypendystów na Uniwersytecie Hawajskim. Rodzice rozstali się, zanim chłopiec skończył trzy lata. Ojca widział później tylko raz.
W wieku sześciu lat Obama przeniósł się z matką do Dżakarty, gdzie przez cztery lata chodził do indonezyjskich szkół. Potem wrócił na Hawaje, zamieszkał z dziadkami i trafił do jednej z najlepszych prywatnych szkół w Honolulu. Grał w koszykówkę, eksperymentował z marihuaną, szukał tożsamości w środowisku, w którym Afroamerykanów niemal nie było. Sam pisał później o poczuciu, że nie przynależy w pełni do żadnego świata.
Po studiach na Columbii podjął decyzję, która okazała się przełomowa: w 1985 roku przeniósł się do Chicago, żeby pracować jako organizator społeczny na ubogim, czarnoskórym południu miasta. Zarabiał dwanaście tysięcy dolarów rocznie. Uczył się rozmawiać z ludźmi, którzy nie mieli powodów ufać nikomu z zewnątrz, i zrozumiał, że praca na poziomie jednej dzielnicy ma swoje granice.
Harvard, wydział prawa, pierwszy Afroamerykanin na czele prestiżowego Harvard Law Review. Potem powrót do Chicago: kancelaria zajmująca się prawami obywatelskimi, wykłady z prawa konstytucyjnego na uniwersytecie, senat stanowy Illinois. Kariera budowana powoli, krok po kroku — aż do jednego wieczoru w Bostonie.
Punkt zwrotny
27 lipca 2004 roku Obama, wówczas zaledwie kandydat na senatora federalnego, wygłosił siedemnastominutowe przemówienie na Konwencji Demokratów. Mówił o Ameryce, która nie jest podzielona na „czerwoną" i „niebieską", o nadziei jako czymś więcej niż naiwnym optymizmie. Tekst był precyzyjny, ale wygłoszony z naturalnością, której w amerykańskiej polityce brakowało od lat. Następnego dnia Obama był postacią ogólnokrajową. Trzy miesiące później wygrał wybory do Senatu z miażdżącą przewagą siedemdziesięciu procent głosów.
W lutym 2007 ogłosił kandydaturę prezydencką. Miał czterdzieści pięć lat i był senatorem od niecałych dwóch. Pokonał Hillary Clinton w prawyborach, a w listopadzie 2008 — republikańskiego senatora Johna McCaina. Jego kampania zrewolucjonizowała zbieranie pieniędzy w polityce: rekordowe kwoty płynęły z drobnych wpłat zwykłych obywateli.
Obietnica i opór
Obama objął urząd w najgłębszej recesji od lat trzydziestych. Tylko w styczniu 2009 roku gospodarka straciła osiemset tysięcy miejsc pracy. W ciągu pierwszych tygodni podpisał pakiet stymulacyjny za 787 miliardów dolarów, uratował General Motors i Chryslera przed upadkiem, a w marcu 2010 roku przepchnął przez Kongres reformę ochrony zdrowia — Obamacare — która dała ubezpieczenie około dwudziestu milionom wcześniej nieubezpieczonych Amerykanów.
Tyle strona „obietnica". Po drugiej stronie stał opór, jakiego Obama chyba nie przewidział. Republikanie przyjęli strategię totalnej obstrukcji. Lider senackiej mniejszości Mitch McConnell otwarcie powiedział, że najważniejszym celem jego partii jest pozbawienie Obamy drugiej kadencji. Po wyborach połówkowych 2010 roku demokraci stracili Izbę Reprezentantów i wielkie reformy legislacyjne się skończyły.
Obama wygrał reelekcję w 2012 roku, ale drugą kadencję spędził głównie na rozporządzeniach wykonawczych — porozumienie klimatyczne w Paryżu, umowa nuklearna z Iranem, normalizacja stosunków z Kubą. Odważne ruchy, które następny prezydent mógł — i rzeczywiście to zrobił — odwrócić jednym podpisem.
Co zostało
Obama opuścił Biały Dom z wysokimi notowaniami i gospodarką po siedemdziesięciu pięciu miesiącach nieprzerwanego wzrostu zatrudnienia. Historycy plasują go w pierwszej piętnastce prezydentów w dziejach. Obamacare, choć wielokrotnie atakowana, przetrwała.
Ale jest pytanie trudniejsze od rankingów: Obama obiecywał przezwyciężenie partyjnych podziałów, a za jego kadencji polaryzacja pogłębiła się do poziomu, jakiego Ameryka nie znała od dekad. Winnych jest wielu, po obu stronach. Sam Obama bywał krytykowany za to, że bardziej ufał sile argumentu niż sztuce kompromisu.
Zostaje więc napięcie, które definiuje całą tę historię. Czarnoskóry mężczyzna z nietypowym imieniem i jeszcze mniej typową biografią został dwukrotnie wybrany prezydentem najpotężniejszego państwa na Ziemi. Zmienił coś w zbiorowej wyobraźni — nie tylko amerykańskiej. A jednocześnie system, który go wyniósł, okazał się odporny na zmianę, którą obiecywał.
To nie jest sprzeczność. To jest polityka.