Piątego października 1868 roku galicyjski Sejm Krajowy we Lwowie uchwalił ustawę o ochronie świstaków i kozic tatrzańskich. Nic w tym zdaniu nie brzmi rewolucyjnie — dopóki nie uświadomimy sobie, że nigdy wcześniej żaden parlament na świecie nie objął ochroną prawną dzikich zwierząt ze względu na zagrożenie ich wyginięciem. Wcześniejsze prawo regulowało, kto ma prawo polować na czyim gruncie, albo zakazywało znęcania się nad zwierzętami domowymi. To był inny porządek pojęciowy. Galicyjska ustawa zadała pytanie, jakiego prawo dotąd nie znało: czy gatunek w ogóle przetrwa?

Za tym pytaniem stała trójka lat przygotowań i garstka ludzi, którym nie brakowało uporu.

Tatry bez ochrony

W połowie XIX wieku tatrzańska przyroda nie miała żadnego obrońcy. Rozbiory rozsypały dawny system kontroli łowieckich, dobra górskie dzieliły się między prywatnych właścicieli, a kłusownicy wchodzili coraz wyżej. Kozice zabijano dla mięsa, skóry, tłuszczu i bezoarów — stwardniałych niestrawionych złogów wyciąganych z żołądków zwierząt, sprzedawanych jako lekarstwo na wszystko. Świstaki miały gorzej: pozyskiwano je najczęściej jesienią, kiedy tuż przed snem zimowym gromadziły zapasy tkanki tłuszczowej. Sadło świstacze, handlowane na jarmarkach po cenach wielokrotnie wyższych niż pospolite tłuszcze, było towarem luksusowym. Zabijano zwierzęta w norach, śpiące i bezbronne.

Skala procederu była rujnująca. Według ówczesnych szacunków w polskiej części Tatr żyło mniej niż sto świstaków. Kozice znalazły się w równie dramatycznym stanie. Oba gatunki zmierzały ku zagładzie, a nikt nie miał ani narzędzi prawnych, ani instytucjonalnych, żeby temu zapobiec.

Broszura, strażnicy, parlament

Zmiana zaczęła się od dwóch ludzi. Profesor Maksymilian Nowicki, zoolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, i ksiądz Eugeniusz Janota, przyrodnik i taternik, postanowili działać równolegle na trzech frontach: edukacji, ochrony w terenie i legislacji.

Pierwszy ruch był publicystyczny. W 1865 roku ukazała się anonimowa broszura skierowana do górali — ostry, miejscami brutalny tekst, który z nazwiska piętnował kłusowników i demaskował oszustki sprzedające fałszywe sadło. Autorzy celowo uderzyli w honor góralski i w kieszeń handlarzy, malując wizję pustych, milczących hal, na które nie przyjdzie żaden turysta, bo nie będzie czego oglądać. Efekt był ograniczony: broszura wzbudziła emocje, ale nie zmieniła prawa.

Drugi ruch był genialny w swojej przewrotności. W 1866 roku Nowicki i Janota przekonali dwóch właścicieli dóbr tatrzańskich do zaprzysiężenia strażników kozic i świstaków. Na stanowisko wybrali Jędrzeja Walę i Macieja Sieczkę — najskuteczniejszych kłusowników w całych Tatrach. Logika była prosta: nikt nie znał gór, legowisk i szlaków kłusowniczych lepiej niż ludzie, którzy dotąd z nich korzystali. Obaj przyjęli propozycję — polowanie na kozice na tatrzańskich ścianach było zajęciem śmiertelnie niebezpiecznym, a nowa rola pozwalała zostać w górach bez ryzykowania życia przy każdym wyjściu.

Ochrona w terenie szybko jednak napotkała twardy opór. Jeden z właścicieli dóbr tatrzańskich sam był zapalonym myśliwym i nie zamierzał rezygnować z polowań na swoim gruncie. Wysyłał uzbrojonych dworzan, którzy traktowali strażników jak uzurpatorów. Argument był prosty i prawnie nie do zbicia: moja góra, moje kozice. Straż, utrzymywana z prywatnych funduszy dwóch profesorów, nie miała żadnego umocowania w prawie.

To właśnie ten impas wymusił trzeci, decydujący ruch. Nowicki od lat prowadził intensywny lobbing: pisał do towarzystw naukowych, publikował artykuły prasowe, rozmawiał z posłami galicyjskiego Sejmu Krajowego. Galicja od 1867 roku cieszyła się szeroką autonomią w monarchii habsburskiej, a Sejm we Lwowie miał kompetencje ustawodawcze w sprawach wewnętrznych. Kiedy konflikt z właścicielami ziemskimi zablokował oddolną ochronę, legislacja stała się jedyną ścieżką naprzód.

Ustawa i jej ograniczenia

Piątego października 1868 roku Sejm uchwalił ustawę zakazującą łapania, zabijania i handlu świstakami i kozicami. Po podpisaniu przez cesarza Franciszka Józefa weszła w życie w lipcu 1869 roku. Jej znaczenie wykraczało daleko poza dwa gatunki w jednym paśmie górskim. Po raz pierwszy parlament uznał, że dzikie zwierzęta mogą zasługiwać na ochronę nie dlatego, że ktoś je posiada, lecz dlatego, że grozi im wyginięcie. To był przeskok od regulacji własnościowych do ochrony gatunkowej motywowanej naukowo — dokonany dziewięć lat po „O pochodzeniu gatunków" Darwina, w epoce, gdy ekologia jako nauka jeszcze nie miała nazwy.

Byłoby jednak nieuczciwe przedstawiać tę historię jako czysty triumf. Kłusownictwo nie ustało, bo uchwalenie prawa i jego egzekucja w odległych dolinach to dwie różne rzeczy. Obie wojny światowe przyniosły kolejne fale polowań. Po drugiej wojnie po polskiej stronie Tatr pozostało zaledwie dwadzieścia sześć kozic. Gatunek przetrwał na granicy wyginięcia, a jego odbudowę umożliwiła dopiero rygorystyczna ochrona w ramach Tatrzańskiego Parku Narodowego.

Świstaki tatrzańskie wciąż są zagrożone, choć ich populacja wzrosła do około tysiąca osobników. Kozice odbudowały się lepiej — ostatnie dwunarodowe liczenie wykazało ponad tysiąc czterysta sztuk po obu stronach granicy.

Metoda ważniejsza od ustawy

Najtrwalszym dziedzictwem tamtych wydarzeń nie jest sam akt prawny, lecz schemat, który za nim stał. Nowicki i Janota najpierw zdiagnozowali problem naukowo, potem sięgnęli po edukację publiczną, następnie zbudowali ochronę w terenie, a gdy ta okazała się bezsilna wobec praw własności — przekuli wiedzę w legislację. Pół wieku później profesor Władysław Szafer, przygotowując pierwszą ogólnopolską ustawę o ochronie przyrody z 1934 roku, powtórzył ten sam schemat niemal punkt po punkcie. Galicyjski precedens był dowodem, że się da.

Skuteczna ochrona przyrody rzadko wygląda jak rewolucja. Częściej wygląda jak żmudna kampania prowadzona przez ludzi, których nikt nie pamięta z imienia. Że w tym wypadku pamiętamy — profesora, księdza i dwóch byłych kłusowników — to raczej wyjątek niż reguła.