Dlaczego polecamy
Olga Drenda pisze o przestrzeniach, których nie ma w żadnym przewodniku: o supermarkecie, parkingu, ekranie akustycznym przy autostradzie, krańcu osiedla. Nie po to, by je docenić wbrew modzie, ale by pokazać, że zwyczajność ma własną strukturę — tyle że przestaliśmy ją widzieć, bo poruszamy się po niej pamięcią mięśniową.
To esej o uwadze, nie o architekturze. Autorka sięga po sytuacjonistyczną praktykę dryfu i po fotografię jako narzędzia rozbrajania odruchu, ale nie proponuje ucieczki z codzienności. Proponuje wejście w nią głębiej — w ramach czynności, które i tak wykonujemy, bez zmiany trybu życia.
Wybraliśmy ten tekst, bo dobrze rozmawia z ideą powolności. Powolność nie polega przecież na robieniu mniej, lecz na przestawieniu percepcji z trybu automatycznego na świadomy. Drenda pokazuje, że to ćwiczenie da się wykonać po drodze do sklepu.
Z czym polemizujemy
Autorka broni fotografii przed zarzutem Susan Sontag: aparat ma być katalizatorem spostrzegawczości, nie protezą przeżycia. Argument ten był jednak mocniejszy wtedy, gdy zdjęcie kosztowało — czas, klatkę filmu, decyzję. Dziś fotografowanie samo stało się odruchem; coraz częściej robimy zdjęcie po to, żeby nie musieć patrzeć teraz. Narzędzie deautomatyzacji zdążyło się zautomatyzować i domaga się tego samego zabiegu, który miało umożliwiać.
Drugie zastrzeżenie dotyczy diagnozy o postępującej uniformizacji polskiego krajobrazu. Co do kierunku zgoda, ale mamy wątpliwość, czy spontaniczność naprawdę się skończyła, czy tylko przeniosła w miejsca, których jeszcze nie umiemy czytać: paczkomat jako punkt spotkań, osiedlowe grupy w sieci, prowizoryczna infrastruktura dostaw. Jeśli uznamy, że szum potoczności był domeną poprzedniej epoki, ryzykujemy powtórzenie błędu, przed którym tekst ostrzega — przeoczymy zwyczajność własnych czasów, bo nie zdążyła jeszcze nabrać patyny.
Co zostaje
Zostaje rozróżnienie, które trudno potem odłożyć: zwyczajność nie jest brakiem treści, lecz progiem uwagi. Miejsce nie staje się nieciekawe dlatego, że jest banalne, tylko dlatego, że przestaliśmy je rejestrować — a to stan odwracalny.
Zostaje też koszt tej operacji, o którym tekst mówi mimochodem, a który wydaje nam się najważniejszy. Wyjście z automatyzmu jest niewygodne: przez chwilę jest się niezgrabnym i skrępowanym, jak ktoś, komu kazano nagle myśleć o własnym kroku. Uwaga nie jest darmowa. Wymaga zgody na tę niezgrabność, i to prawdopodobnie dlatego tak rzadko ją sobie fundujemy.
Tekst nie zestarzeje się ani przez rok, ani przez pięć, bo nie opisuje stanu rzeczy — opisuje ćwiczenie. Sieci handlowe się zmienią, krajobraz się zmieni, a pytanie, ile ze swojej okolicy naprawdę widzimy, pozostanie równie niewygodne.
„Programowa identyczność zmienia nasz świat w wielkie nie-miejsce i sprawia, że wszędzie czujemy się podobnie. Podobnie, ale czy swojsko?”
— Olga Drenda, Autoportret