Dlaczego polecamy
Tadeusz Baranowski był dla kilku pokoleń autorem „Podróży Smokiem Diplodokiem” i „Antresolki Profesorka Nerwosolka” — komiksów, które w szarej rzeczywistości PRL-u otwierały okno na świat kolorowy, absurdalny i całkowicie własny. W rozmowie z Patrykiem Zakrzewskim mówi jednak o czymś innym: o pracy, niedosycie i o malarstwie, do którego wracał przez trzy dekady.
Najciekawsze jest w tej rozmowie napięcie między tym, jak widzą go czytelnicy, a tym, jak widzi się sam. Twórca, którego kreska kojarzy się z niefrasobliwą fantazją, opowiada o życiu na szesnastu metrach kwadratowych, o stole do rysowania składanym na noc, o wampirach z jego komiksów jako o postaciach zabiedzonych i prowincjonalnych, wyrosłych wprost z tamtych warunków. Wyobraźnia nie okazuje się ucieczką od rzeczywistości, lecz jej przetworzeniem.
Rozmowa została opublikowana w listopadzie 2024 roku, a redakcja uzupełniła ją notą o śmierci artysty 7 lipca 2026 roku. Baranowski mówi w niej otwarcie o chorobie i o tym, co jeszcze chciałby zdążyć zrobić. To fragmenty trudne, ale pozbawione patosu — mówi o umieraniu tym samym rzeczowym, ironicznym tonem, którym mówi o farbach i o Jowiszu widzianym przez lunetę.
Z czym polemizujemy
Baranowski udziela młodszym twórcom rady zaskakująco kategorycznej: nie podglądać, nie oglądać się na Van Gogha ani Rothkę, uwolnić głowę od cudzych schematów. Rozumiemy, skąd bierze się ta stanowczość — mówi człowiek, który raz po raz musiał zaczynać od nowa i który boleśnie odczuwał ciężar cudzych oczekiwań.
Trudno się jednak z tym zgodzić bez zastrzeżenia — także dlatego, że przeczy temu jego własna opowieść. Ta sama rozmowa jest przecież gęsta od wpływów: francuskie pisma z lat sześćdziesiątych, Moebius, wystawa Bacona w Paryżu, profesor, który podsuwa albumy abstrakcjonistów, a pod talerzykiem pieniądze na farby. „Uwolnić głowę” nie znaczy chyba: nie mieć nauczycieli. Znaczy raczej: przestać przed nimi klękać. To rozróżnienie subtelne, a jednak decydujące — i wart uwagi jest fakt, że sam Baranowski zdaje się o nim wiedzieć lepiej, niż mówi.
Co zostaje
Zostaje portret twórcy, który nie umiał być z siebie zadowolony. W kulturze, która premiuje pewność siebie i sprawnie opowiedzianą historię sukcesu, taka postawa wygląda niemal na wadę charakteru. A przecież to właśnie z niej — z uporczywego przekonania, że coś dało się zrobić lepiej — wyrosło dwanaście albumów i ponad dwieście obrazów namalowanych wbrew zaleceniom lekarzy.
Zostaje też pytanie o to, co właściwie zostaje. Baranowski mówi wprost, że największą wartością jest dla niego to, co człowiek po sobie zostawi. Mówi to jako ateista, bez nadziei metafizycznej, licząc najwyżej na to, że w obliczu śmierci rozumie się nieco więcej. Trudno o zdanie bardziej obce logice powolnego internetu, a zarazem bliższe jego sensowi: praca ma trwać dłużej niż ten, kto ją wykonał.
I zostaje wreszcie kosmos — pasja z dzieciństwa, która nigdy nie minęła. Człowiek rysujący Nerwosolka i Diplodoka mówi na koniec, że najbardziej chciałby pojąć prawa wszechświata, których prawdopodobnie nigdy nie poznamy. To zdanie tłumaczy jego komiksy lepiej niż niejedna analiza.
„Wszyscy moi bohaterowie wyrośli jakoś ze mnie i otaczającej mnie rzeczywistości.”
— Tadeusz Baranowski w rozmowie z Patrykiem Zakrzewskim, Culture.pl