Dlaczego polecamy

Anna Kałuża bierze na warsztat trzy tomy poetyckie — „Czwarte wymieranie" Agi Zano, „Kalcyt" Aleksandry Byrskiej i „Ohne Ende" Dobromiły Dobro — ale pisze o czymś znacznie szerszym niż nowości wydawnicze. Pyta, jak poezja może mówić o świecie nie-ludzkim, nie zawłaszczając go: jak opisać rybę głębinową, glebę czy wymieranie gatunku, nie udając przy tym, że wiemy, jak wygląda świat „z drugiej strony". Teza jest wyraźna — wiersz wychodzi lepiej wtedy, gdy poetki i poeci rezygnują z ambicji mówienia za kogoś i zamiast tego próbują rozejrzeć się po świecie, w którym toczą się także historie inne niż ludzkie.

To nie jest recenzja konsumencka ani przewodnik „co czytać". To esej o granicach reprezentacji — o tym, że sama dobra intencja nie wystarczy, bo źle poprowadzona forma potrafi zabić najlepszą ideę. Kałuża pisze z pozycji kogoś, kogo „maglowanie antropocenu" już trochę zmęczyło, i właśnie dlatego jej entuzjazm dla tych trzech książek jest wiarygodny: nie chwali mody, lecz konkretne rozwiązania artystyczne.

Tekst dobrze odnajduje się w rytmie wolnej lektury, bo pytanie, które stawia — kto właściwie mówi, gdy poezja mówi o przyrodzie — nie zestarzeje się wraz z sezonem wydawniczym. To pytanie o granice ludzkiej wyobraźni, a te nie mają terminu ważności.

Z czym polemizujemy

Kałuża sama uczciwie sygnalizuje napięcie: reprezentacja bywa etycznie problematyczna, czasem lepiej nie mówić w cudzym imieniu — a mimo to „przy niej obstajemy". Można pociągnąć tę myśl dalej i zapytać, czy pochwała wierszy, które „nie mówią za" przyrodę, nie jest sama w sobie kolejną formą mówienia za nią. To przecież krytyczka rozstrzyga, które głosy uznać za mniej zawłaszczające, i to człowiek ustala, co znaczy „oddać sprawiedliwość" nietoperzowi albo glebie.

Być może więc ucieczka od antropocentryzmu w poezji jest niemożliwa, a wartość tych tomów leży nie w „wyjściu poza człowieka", lecz w uczciwym pokazaniu, że się z niego wyjść nie da — i że warto o tę granicę się ocierać. To nie zarzut wobec eseju, lecz wątek, który on otwiera i zostawia czytelnikowi.

Co zostaje

Najmocniej zostaje pewne przesunięcie: od poezji rozumianej jako „dawanie głosu" naturze ku poezji jako ćwiczeniu z patrzenia. Wiersz o wymieraniu czy o rozkopanej ziemi nie musi udawać, że wie, jak jest po drugiej stronie życia — wystarczy, że rozbraja naszą pewność, iż człowiek jest jedyną i najważniejszą historią tego świata.

Po tej lekturze inaczej czyta się „wiersze o przyrodzie". Przestają być opisem krajobrazu, a stają się raczej negocjacją z granicą własnej wyobraźni — próbą spojrzenia na ludzkie ciało, pamięć i historię z perspektywy, która obejmuje też skały, magnolie i ryby. To jeden z tych tekstów, które zmieniają nie tyle listę książek do przeczytania, ile sposób, w jaki się czyta.

„Reprezentacje są wciąż mostem, po którym możemy przejść do inności przyrody, zwierząt, roślin."

Anna Kałuża, Dwutygodnik