Dlaczego polecamy
Pretekstem jest polski przekład „Mosesa na górze" Sama Selvona (Ossolineum, w tłumaczeniu Teresy Tyszowieckiej blasK!), ale tekst Jana Błaszczaka to nie recenzja, lecz portret pisarza i całej epoki. Selvon — pochodzący z Trynidadu i Tobago autor „Samotnych londyńczyków" — należał do pokolenia Windrush, niemal sześciuset tysięcy mieszkańców Karaibów, którzy w latach 1948–1971 przypłynęli do Wielkiej Brytanii. Błaszczak pokazuje, jak swoimi słodko-gorzkimi, pełnymi humoru powieściami próbował on „przenieść nowy, wielorasowy Londyn z papieru w rzeczywistość".
Najciekawsze jest tu przesunięcie z biografii na sposób istnienia w obcym mieście. Za badaczką Rebeccą Dyer i antropologiem Michelem de Certeau autor proponuje myśl, że imigrant zadomawia się w nowym kraju najpierw przez język — wnosi weń swój slang, muzyczny rytm calypso, własne odniesienia. Podobnie działa spacer: krążenie po Londynie i „odhaczanie" jego symboli staje się cichym aktem przejmowania miasta, które oficjalnie do przybyszów nie należy.
Polecamy ten esej, bo pod pozorem lekkiej opowieści o zabawnym pisarzu kryje się rzecz o tożsamości powstającej z mieszania, migracji i pamięci — bliska temu, o czym pisaliśmy przy „Orient polski". To lektura, która nie zestarzeje się z sezonem, bo pytania o przynależność, rasę i klasę, które stawia, wciąż są otwarte.
Z czym polemizujemy
Błaszczak czyta Selvona w dużej mierze przez kategorię subwersji — język i spacer jako ciche przejmowanie miasta. To płodna rama, ale sam Selvon bronił się przed rolą „ideowego twórcy", a część krytyków widziała w nim pisarza skupionego na prywatnych, jednostkowych dylematach bohaterów. Można więc zapytać, czy interpretacja polityczna nie dopisuje niekiedy programu tam, gdzie siła Selvona bierze się właśnie z tego, co zwyczajne, komiczne i niezaangażowane.
To zresztą napięcie, które esej sam ujawnia — jego autor przyznaje, że selvonowska przesada bywa efektowna, lecz potrafi zacierać niuanse imigranckiego doświadczenia. Tym uczciwiej zostawia czytelnika z pytaniem, gdzie kończy się odczytanie, a zaczyna dopowiedzenie.
Co zostaje
Zostaje przede wszystkim obraz języka jako mieszkania. Że nowy kraj oswaja się nie od wielkich deklaracji, lecz od dołu — od ksywek, powiedzonek i rytmu zdania, w którym przybysz może wreszcie poczuć się u siebie. I że zwykły spacer bywa formą odzyskiwania miejsca, które nas nie chciało.
Zostaje też gorzki rewers tej opowieści: „lepsze jutro", które u Selvona nigdy nie nadchodzi, a podupadająca kamienica głównego bohatera — przeznaczona do rozbiórki — staje się metaforą całego społeczeństwa. Po tej lekturze inaczej patrzy się na słowo „przynależność": widać w nim jednocześnie miłość do kultury, która ukształtowała imigranta, i rozczarowanie krajem, który nie odwzajemnił tego uczucia.
„tak jak nowi najemcy urządzają się w mieszkaniu, tak imigranci urządzają się w języku, wplatają w niego swój slang, swoje odniesienia kulturowe, swoją historię."
— Jan Błaszczak, Dwutygodnik