Dlaczego polecamy

Esej Marii Rościszewskiej jest zbudowany jak prowokacja. Autorka przyjmuje ton osoby, która „wyszła z matriksa" i wtajemnicza czytelnika w kolejne poziomy ukrytej prawdy o świecie — z całym rytualnym sztafażem czerwonej pigułki i króliczej nory. Rzecz w tym, że materiał, po który sięga, to w znacznej części rzeczy udokumentowane: procesy sądowe, raporty komisji, ustalenia dziennikarstwa śledczego.

Z tego zderzenia formy i treści rodzi się właściwy temat tekstu. Jeśli ten sam ton, ta sama figura „oni wam tego nie mówią", ta sama satysfakcja z posiadania wiedzy niedostępnej innym obsługuje zarówno rzetelną krytykę społeczną, jak i kompletne urojenie — to co właściwie je od siebie oddziela? Autorka nie udaje, że zna łatwą odpowiedź, i nie ustawia się ponad problemem. Pisze z wnętrza tej pokusy, jako ktoś, kto ją rozpoznaje u siebie.

To pytanie nie ma daty ważności. Można je zadać w kontekście teorii spiskowych, ale równie dobrze w kontekście każdej sytuacji, w której ktoś mówi: oficjalna wersja czegoś nie tłumaczy. Bo czasem naprawdę nie tłumaczy — i właśnie dlatego jest to problem, a nie oczywistość.

Dodatkowym walorem jest tu ironia, która nie zamienia się w pogardę. Tekst nie jest kolejnym felietonem o tym, że „ludzie wierzą w bzdury". Jest o tym, że odruch podejrzliwości bywa i cnotą obywatelską, i chorobą — i że rozróżnienie tych dwóch przypadków wymaga wysiłku, którego zwykle nie chcemy podejmować.

Z czym polemizujemy

Konwencja eseju działa retorycznie, ale ma cenę. Prowadząc czytelnika przez „poziomy wtajemniczenia" tym samym tonem, autorka sugeruje continuum tam, gdzie naszym zdaniem przebiega różnica jakościowa, nie stopniowa. Między ustaleniem opartym na dokumentach, które można sprawdzić i podważyć, a przeczuciem, którego z zasady nie da się obalić, nie ma płynnego przejścia. Jest granica, i biegnie ona tam, gdzie kończy się gotowość do zmiany zdania pod wpływem faktów.

Zdanie Burroughsa, że paranoik jest po prostu lepiej poinformowany, brzmi znakomicie i jest fatalną regułą. Bo trafność podejrzenia w jednej sprawie nie jest żadną rekomendacją dla podejrzliwości jako metody. Odwaga w kwestionowaniu status quo jest potrzebna — ale sama odwaga niczego nie weryfikuje.

Podejrzliwość jest więc raczej kwestią metody niż temperamentu. I chyba właśnie ta różnica jest w tekście najsłabiej zaznaczona.

Co zostaje

Najtrwalsza wydaje się obserwacja, że wiedza o mechanizmach władzy bywa nie tylko informacją, ale i tożsamością. Że daje pozycję, poczucie wyższości, przynależność do wąskiego grona tych, którzy widzą. To dlatego język wtajemniczenia jest tak zaraźliwy — obiecuje coś więcej niż prawdę.

Zostaje też pytanie o koszt. Autorka nie ukrywa, że wyjście z matriksa jest samotne i męczące, że psuje śniadania i relacje, że w wersji skrajnej kończy się jak u bohaterów Philipa K. Dicka. To rzadka uczciwość w tekście o krytycznym myśleniu: przyznanie, że postawa, którą się poleca, ma swoją cenę i swoją patologię.

I zostaje trzecia droga, która w tekście pojawia się dyskretnie — nie łatwowierność i nie cynizm, lecz zdolność zawieszenia sądu. Najtrudniejsza z trzech, bo nie daje ani spokoju, ani poczucia wygranej.

„Jakie są granice zdrowej podejrzliwości wobec systemu – i kiedy je przekraczamy?"

Maria Rościszewska, Magazyn Kontakt