Dlaczego polecamy

Pomiędzy jezdniami alei IX Wieków Kielc stoi budynek, który większość przejeżdżających rozpoznaje, a prawie nikt nie widział go od środka. Powstał w latach 1902–1909 według projektu miejskiego architekta Stanisława Szpakowskiego, na działce podarowanej przez Mojżesza Pfefera. Po wojnie odbudowano go i przystosowano na potrzeby Archiwum Państwowego, które zajmowało go przez ponad pół wieku. Odkąd archiwum się wyprowadziło, budynek stoi pusty.

Jakub Juszyński pisze o nim jak ktoś stamtąd, a nie jak osoba, która przyjechała zrobić zdjęcia. Prowadzi w Kielcach spacery miejskie i widać, że to tekst o obiekcie mijanym regularnie, a nie odwiedzonym raz.

Najciekawsze jest to, że autor nie zatrzymuje się na konstatacji „szkoda". Mówi wprost, czym to miejsce powinno się stać, i — co rzadsze — czym się stać nie powinno. Odrzuca pomysł teatru, odrzuca ogólnikowe „centrum inicjatyw", nie przekonuje go też pomysł skweru przed wejściem. Uważa, że budynek powinien opowiadać o wielokulturowości miasta i o społeczności, która stanowiła około jednej trzeciej jego mieszkańców. To jest stanowisko, a nie opis.

Trzeba uczciwie powiedzieć, w jakim rejestrze ten tekst jest napisany: to wpis blogowy, nie esej. Jest w nim akapit o tym, gdzie zaparkować. Ale ostatnia trzecia część to autentyczny głos w sprawie publicznej, podpisany nazwiskiem i biorący za siebie odpowiedzialność — a takich głosów w sprawie konkretnych budynków jest znacznie mniej, niż mogłoby się wydawać.

Z czym polemizujemy

Autor pisze, że przyszłe miejsce powinno „odczarować Kielce jako miejsce pogromu". Rozumiemy intencję i uważamy ją za dobrą: chodzi o pokazanie, że kieleccy Żydzi byli Kielczanami, współtworzyli gospodarkę, kulturę i politykę miasta, a nie stanowili osobnego, obcego marginesu. To prawda i warto ją mówić.

Ale samo słowo „odczarować" przesuwa pamięć w stronę zarządzania wizerunkiem. Sugeruje, że 4 lipca 1946 roku jest skazą, którą można zrównoważyć innymi opowieściami. Naszym zdaniem jest odwrotnie: miejsce pamięci w tym akurat mieście musi pogrom unieść, a nie zbilansować. Opowieść o żydowskich właścicielach kamieniołomów i banków nie jest przeciwwagą dla Plant 7 — jest kontekstem, który czyni tamten dzień jeszcze trudniejszym do zrozumienia.

Mamy też wątpliwość wobec odrzucenia funkcji instytucji kultury. Miejsce wyłącznie upamiętniające bywa mauzoleum, do którego przychodzi się raz w roku. Instytucja żywa, która przy okazji pamięta, ma szansę wciągnąć w tę pamięć ludzi, którzy nie przyszliby po nią specjalnie.

Co zostaje

Pytanie, które ten tekst zostawia, jest szersze niż Kielce: co robimy z budynkami, które przeżyły wspólnoty zbudowane wokół nich. Nie z ruinami, o które nikt się nie spiera, tylko z obiektami stojącymi w centrum, wpisanymi do rejestru, dobrze widocznymi — i pustymi, bo nikt nie potrafi rozstrzygnąć, czyje są.

Przy ponownej lekturze po niemal czterech latach uderza coś jeszcze. Diagnoza autora się zdezaktualizowała: miasto przejęło budynek, w kwietniu 2026 roku rozstrzygnięto konkurs architektoniczny, wybrana koncepcja ma być filią Muzeum Historii Kielc. Zwycięski projekt idzie zresztą w stronę odwrotną do intuicji autora — zamiast wygładzać trudną historię obiektu, czyni z niej punkt wyjścia. Pytanie postawione w tekście nie zdezaktualizowało się wcale. Przeciwnie: dopiero teraz stało się pilne, bo odpowiedź naprawdę zapada.

To dobra ilustracja tego, że tekst potrafi zestarzeć się połowicznie. Opis stanu rzeczy ma krótki termin ważności. Pytanie o to, co budynek ma mówić i do kogo, nie ma go wcale.

„Dzisiaj synagoga w Kielcach po prostu stoi…"

Jakub Juszyński, tymrazem.pl