Dlaczego polecamy

Jakub Wygnański jedzie do Lwowa, Winnicy i Kijowa oglądać ośrodki rehabilitacji weteranów — a wraca z tekstem o Homerze. To połączenie wydaje się kapryśne dopiero do momentu, w którym pojawia się w nim Jonathan Shay, amerykański psychiatra kliniczny, który przez dziesięciolecia leczył weteranów Wietnamu i czytał z nimi „Iliadę”.

Propozycja Shaya jest zuchwała: że Homer nie jest poetą heroizmu, tylko pierwszym opisującym rozpad człowieka na wojnie, i że greckie eposy od początku krążyły wśród weteranów właśnie dlatego, że pomagały im nazwać własne doświadczenie. Nie jest to literacka analogia dla ozdoby — Shay wyprowadza z niej całą mapę tego, co dzieje się z żołnierzem po przekroczeniu progu domu.

Najcenniejsze jest w tym tekście pojęcie, które Wygnański przenosi na polski grunt: zranienie moralne. To coś innego niż zespół stresu pourazowego. Nie jest reakcją na zagrożenie życia, lecz na zdradę tego, co słuszne, przez zaufany autorytet — i dlatego nie da się go wyleczyć farmakologią ani samą terapią. Wymaga odpowiedzi wspólnoty, nie gabinetu.

To wreszcie tekst pisany z konkretną stawką. Powstaje przy okazji prób uruchomienia ośrodka dla weteranów w Górowie Iławeckim i nie ukrywa, że sąsiadujemy z wojną, po której wróci półtora miliona ludzi.

Z czym polemizujemy

Centralna teza Shaya — o niezmienności psychologicznego mechanizmu niszczenia żołnierza przez wojnę — jest jednocześnie największą siłą i najsłabszym punktem tej opowieści. Świat moralny greckiego wojownika nie był naszym światem. Czytanie Achillesa jak pacjenta niesie ryzyko, że w trzytysiącletnim tekście zobaczymy przede wszystkim własne kategorie diagnostyczne, a różnice uznamy za szum.

Można też zapytać, czy Homer jest tu narzędziem poznania, czy raczej narzędziem uprawomocnienia. Sięgnięcie po klasykę nadaje cierpieniu weteranów powagę, której odmawia im język statystyk — ale to argument retoryczny, nie dowód. Że pewien wzorzec da się rozpoznać w eposie, nie znaczy jeszcze, że jest ludzką stałą.

Sam Wygnański zresztą nie rozstrzyga tego sporu, bo pisze felieton, nie rozprawę. Jego tekst jest w połowie sprawozdaniem z podróży, w połowie wykładem cudzej książki — i miejscami autorska teza ustępuje miejsca referowaniu Shaya.

Co zostaje

Zostaje przesunięcie odpowiedzialności — i to w kierunku odwrotnym niż zwykle. Jeśli zranienie moralne bierze się ze zdrady zaufania, a nie ze strachu przed śmiercią, to leczenie przestaje być prywatną sprawą poranionego. Staje się zobowiązaniem tych, w czyim imieniu ryzykował. Psychiatra może łagodzić objawy; sens potrafi przywrócić tylko wspólnota, która przyzna, że zdrada miała miejsce.

Zostaje też najbardziej niepokojąca obserwacja całego tekstu: że weterani boją się spokoju. To, co dla większości z nas jest ulgą — cisza, pusty park, leniwe niedzielne przedpołudnie — u kogoś, kto wrócił z wojny, potrafi włączyć tryb bojowy. Adaptacje, które ratowały życie, zaczynają je niszczyć. Trudno o czytelniejszy obraz tego, że powrót do domu i powrót do siebie to dwie różne drogi.

I zostaje pytanie, które ten tekst zadaje Polsce, nie Ukrainie. Nie wysyłaliśmy żołnierzy na tę wojnę, ale mieszkamy tuż obok i za kilka lat będziemy sąsiadami setek tysięcy ludzi wracających z frontu. Czy potrafimy zaproponować im coś więcej niż współczucie i nadzór — to pytanie, które nie zestarzeje się razem z linią frontu.

„Kto zapomni ból, zapomni drogę do domu”

Jakub Wygnański, Więź