Życie na linie. Wallendowie i sto lat rodzinnego rzemiosła bez siatki
Wieczorem 30 stycznia 1962 roku na arenie w Detroit siedmioro artystów stało na stalowej linie rozpiętej około dziesięciu metrów nad posadzką. Konstrukcja rozsypała się w kilka sekund. Dwaj mężczyźni zginęli, trzeci został sparaliżowany, a sam twórca numeru trafił do szpitala z pękniętą miednicą. Następnego wieczoru wymknął się stamtąd, złapał taksówkę i o kulach wszedł na tę samą linę. Ten gest mówi o Wallendach więcej niż jakikolwiek katalog rekordów. Byli rzemieślnikami, a nie amatorami mocnych wrażeń. Lina stanowiła dla nich warsztat pracy i jedyne źródło utrzymania, więc zejście z niej oznaczałoby rozpad czegoś znacznie większego niż zespół artystyczny. ...