Wieczorem 23 czerwca 2023 roku na kanałach Telegramu związanych z Grupą Wagnera pojawiło się nagranie audio. Chrapliwy głos Jewgienija Prigożyna oskarżał rosyjskie Ministerstwo Obrony o przeprowadzenie ataku rakietowego na obóz jego najemników. Zginąć miały setki ludzi. Dowodów nie przedstawiono żadnych, ale dowody nie były tu potrzebne. Liczyła się zapowiedź: ruszamy, by „przywrócić sprawiedliwość”. Kilkanaście godzin później kolumny wagnerowców kontrolowały milionowe miasto na południu Rosji i parły autostradą w stronę Moskwy, a Władimir Putin w specjalnym orędziu mówił o zdradzie i porównywał sytuację do roku 1917. Zanim zapadł kolejny zmierzch, wszystko było skończone.

Trzy lata po tamtym weekendzie bunt Prigożyna pozostaje wydarzeniem, którego do końca nie rozumie chyba nikt, łącznie z jego uczestnikami. Trwał krócej niż niejeden festiwal muzyczny, nie obalił nikogo i formalnie niczego nie zmienił. A jednak był to najpoważniejszy od dziesięcioleci kryzys wewnętrzny w Rosji, porównywany najczęściej z puczem Janajewa z 1991 roku, i moment, w którym świat zobaczył, jak cienka jest skorupa putinowskiego państwa. W rubryce Trzyletnik wracamy do tamtych dni i sprawdzamy, co z nich wynikło.

Kucharz, troll i kondotier

Żeby zrozumieć bunt, trzeba najpierw zrozumieć buntownika, a życiorys Jewgienija Prigożyna wygląda jak materiał na powieść łotrzykowską. Urodzony w 1961 roku w Leningradzie, w latach osiemdziesiątych spędził dziewięć lat w sowieckich łagrach za rozboje i kradzieże. Po wyjściu na wolność sprzedawał hot dogi na petersburskich bazarach, potem otworzył sieć sklepów spożywczych, wreszcie ekskluzywną restaurację Stara Tamożnia, a po niej pływający lokal New Island na Newie. To w tych wnętrzach jadali miejscy notable, wśród nich wicemer Petersburga nazwiskiem Putin, który już jako prezydent podejmował na pokładzie New Island zagranicznych gości. Znajomość okazała się kapitałem cenniejszym niż cała gastronomia.

Gdy dawny znajomy z petersburskich czasów został prezydentem, firma cateringowa Prigożyna, Concord, zaczęła wygrywać państwowe kontrakty: obsługę kremlowskich bankietów, wyżywienie szkół, dostawy dla armii. Stąd przydomek „kucharz Putina”, którego Prigożyn zresztą szczerze nienawidził. Pieniądze z cateringu finansowały kolejne przedsięwzięcia, coraz dalsze od kuchni. W 2013 roku w Petersburgu ruszyła Agencja Badań Internetowych, słynna „fabryka trolli”, która zalewała sieci społecznościowe fałszywymi kontami i którą amerykańscy prokuratorzy oskarżyli później o ingerencję w wybory prezydenckie w USA w 2016 roku. O mechanizmach tego typu operacji pisaliśmy szerzej w artykule o anatomii dezinformacji.

Najważniejszy projekt narodził się jednak w 2014 roku, równolegle z aneksją Krymu i wojną w Donbasie. Prywatna firma wojskowa, nazwana od pseudonimu jej dowódcy polowego, byłego oficera specnazu GRU Dmitrija Utkina, wielbiciela estetyki III Rzeszy i muzyki Richarda Wagnera, dawała Kremlowi to, czego potrzebował: zbrojne ramię bez oficjalnych insygniów. Najemnicy formalnie nie istnieli, bo rosyjskie prawo zakazywało działalności prywatnych armii. Właśnie ta nieistniejąca formacja walczyła w Donbasie, potem w Syrii po stronie Baszszara al-Asada, gdzie odbiła z rąk tzw. Państwa Islamskiego Palmyrę i gdzie w lutym 2018 roku pod Chasham amerykańskie lotnictwo zmasakrowało kolumnę najemników atakujących pozycje wspieranych przez USA Kurdów; Moskwa mogła wówczas wzruszyć ramionami, bo polegli oficjalnie nie byli rosyjskimi żołnierzami. Ta sama logika zaprowadziła formację do Libii, Sudanu, Republiki Środkowoafrykańskiej i Mali, gdzie ochraniała junty i reżimy w zamian za koncesje na złoto, diamenty i drewno. Wagner stał się narzędziem rosyjskiej polityki w miejscach, w których Moskwa wolała nie zostawiać odcisków palców.

Pełnoskalowa inwazja na Ukrainę w lutym 2022 roku zmieniła status formacji. Z cienia wyszła na pierwsze strony gazet, a jej właściciel z biznesmena unikającego kamer przeobraził się w celebrytę wojny. Gdy regularna armia poniosła jesienią 2022 roku serię upokarzających porażek pod Charkowem i Chersoniem, Kreml pozwolił Prigożynowi na bezprecedensowy krok: rekrutację więźniów. Skazani za morderstwa i rozboje dostawali obietnicę ułaskawienia po sześciu miesiącach na froncie. Dziesiątki tysięcy z nich trafiły do szturmowych fal pod Bachmutem.

Droga do zderzenia

Bachmut zrobił z Prigożyna gwiazdę i jednocześnie wykopał grób jego relacjom z resortem obrony. Najdłuższa i najkrwawsza bitwa tej wojny, którą analizowaliśmy w tekście o Bachmucie jako momencie zwrotnym wojny, toczyła się miesiącami głównie siłami wagnerowców. Prigożyn budował na niej legendę formacji, która jako jedyna w Rosji potrafi zdobywać miasta. Równocześnie jego konflikt z ministrem obrony Siergiejem Szojgu i szefem Sztabu Generalnego Walerijem Gierasimowem przeszedł od gabinetowych intryg do otwartej wojny medialnej.

W maju 2023 roku Prigożyn opublikował nagranie, które obiegło świat: stojąc wśród ciał poległych najemników, wykrzykiwał pod adresem Szojgu i Gierasimowa wulgarne oskarżenia o skąpienie amunicji. „Głód amunicyjny” stał się jego sztandarowym zarzutem, obok korupcji generalicji, okłamywania prezydenta i prowadzenia wojny zza biurka. Rzecz w tym, że krytyka, za którą zwykły Rosjanin szedł do kolonii karnej z paragrafu o „dyskredytacji armii”, uchodziła Prigożynowi płazem. Przez wiele miesięcy wydawał się nietykalny, a politolodzy spierali się, czy działa z cichym przyzwoleniem Putina, który zawsze lubił równoważyć frakcje, czy też przekracza kolejne granice na własne ryzyko. Spekulowano przy tym coraz głośniej o jego ambicjach politycznych. Imperium medialne pracowało pełną parą na rozpoznawalność właściciela, jego objazdy po rosyjskich miastach przypominały kampanię wyborczą, a retoryka, ludowa, antyelitarna i brutalnie szczera na tle drętwej kremlowskiej propagandy, trafiała do sfrustrowanej, prowojennej części społeczeństwa. W sondażach ośrodka Lewada Prigożyn wszedł w pierwszej połowie 2023 roku do czołówki polityków cieszących się zaufaniem Rosjan, co dla człowieka spoza oficjalnych struktur władzy było wynikiem bezprecedensowym.

Punkt krytyczny nadszedł w czerwcu 2023 roku. Bachmut padł ostatecznie pod koniec maja, a Prigożyn natychmiast ogłosił wycofanie swoich oddziałów z miasta i przekazanie pozycji regularnej armii. Z perspektywy Kremla oznaczało to, że najemnicy przestali być na froncie niezbędni, a ich właściciel, pozbawiony bieżącej karty przetargowej, stał się przede wszystkim problemem do rozwiązania. Ministerstwo Obrony ogłosiło, że do 1 lipca wszystkie „ochotnicze formacje” muszą podpisać kontrakty bezpośrednio z resortem. Dla Prigożyna oznaczało to likwidację jego prywatnej armii i wchłonięcie jej przez znienawidzoną strukturę Szojgu. Putin publicznie poparł decyzję ministerstwa. Właściciel Wagnera odmówił podpisania czegokolwiek i zaczął mówić językiem, który brzmiał już nie jak krytyka, lecz jak podważanie sensu całej wojny: twierdził, że inwazję rozpętano dla interesów oligarchów i skorumpowanej elity, a regularna armia okłamuje społeczeństwo co do sytuacji na froncie.

Z perspektywy trzech lat widać wyraźnie, że obie strony grały wtedy o wszystko. Szojgu o pozbycie się człowieka, który publicznie nazywał go tchórzem i złodziejem. Prigożyn o przetrwanie imperium, które bez statusu samodzielnej formacji traciło rację bytu, a wraz z nim dostęp do państwowych pieniędzy i afrykańskich koncesji.

Pojazdy wojskowe i najemnicy przed budynkiem dowództwa w Rostowie nad Donem
Wagnerowcy zajęli centrum Rostowa nad Donem i siedzibę Południowego Okręgu Wojskowego niemal bez walki, ku zaskoczeniu władz i obserwatorów.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Marsz sprawiedliwości

Dwudziestego trzeciego czerwca po południu Prigożyn opublikował półgodzinne nagranie wideo, w którym zakwestionował oficjalne uzasadnienie inwazji na Ukrainę. Kilka godzin później ogłosił, że rosyjskie wojsko ostrzelało rakietami obóz wagnerowców, zabijając wielu jego ludzi, i że w odpowiedzi rusza „marsz sprawiedliwości”. Deklarował, że nie jest to przewrót wojskowy, a jego celem pozostają wyłącznie Szojgu i Gierasimow. Ministerstwo Obrony zaprzeczyło, jakoby jakikolwiek atak na obóz miał miejsce, a niezależni analitycy do dziś nie znaleźli przekonujących dowodów, że ostrzał rzeczywiście nastąpił. FSB jeszcze tej samej nocy wszczęła przeciwko Prigożynowi postępowanie karne o zbrojny bunt.

To, co wydarzyło się w nocy z 23 na 24 czerwca, przeszło najśmielsze oczekiwania obserwatorów. Kolumny wagnerowców przekroczyły granicę z okupowanych terenów Ukrainy i nad ranem wjechały do Rostowa nad Donem, miasta liczącego ponad milion mieszkańców i będącego siedzibą dowództwa Południowego Okręgu Wojskowego, nerwu całej operacji przeciwko Ukrainie. Nie padł ani jeden strzał. Najemnicy obstawili sztab, otoczyli budynki administracji i ustawili czołgi na ulicach, a Prigożyn nagrał się na dziedzińcu dowództwa, gdzie w swobodnej pozie dyskutował z wiceministrem obrony Junus-bekiem Jewkurowem i zastępcą szefa GRU Władimirem Aleksiejewem, domagając się wydania mu Szojgu i Gierasimowa. Surrealizm tamtej soboty trudno oddać w relacji: kilkaset metrów od opanowanego sztabu, z którego koordynowano wojnę przeciwko Ukrainie, działały kawiarnie, a mieszkańcy Rostowa przynosili najemnikom wodę i robili sobie z nimi zdjęcia na tle transporterów. Ta obojętność, miejscami przechodząca w sympatię, była dla Kremla chyba bardziej alarmująca niż same czołgi.

Równocześnie druga kolumna, licząca według różnych szacunków od kilku do kilkunastu tysięcy ludzi z ciężkim sprzętem, ruszyła autostradą M4 na północ. Zajęła obiekty wojskowe w Woroneżu, kolejnym mieście obwodowym, i parła dalej w tempie, które zawstydzało regularną armię. Po drodze wagnerowcy zestrzelili kilka śmigłowców oraz samolot dowodzenia Ił-22M; według niezależnych ustaleń zginęło co najmniej trzynastu rosyjskich lotników. Byli to jedyni polegli tego dnia, co nadaje całemu wydarzeniu gorzko ironiczny rys: jedyną realną bitwę bunt stoczył z rosyjskim lotnictwem, które próbowało zatrzymać kolumnę atakami z powietrza.

Rankiem 24 czerwca Putin wystąpił z pięciominutowym orędziem, którego ton zdradzał skalę paniki. Mówił o „ciosie w plecy naszego kraju i naszego narodu”, o zdradzie wynikającej z „osobistych interesów” i przywoływał rok 1917, gdy wewnętrzny rozkład pozbawił Rosję zwycięstwa w wielkiej wojnie i pogrążył ją w bratobójczym chaosie. Zapowiadał nieuchronną karę dla każdego, kto „świadomie wszedł na drogę zdrady”. Nazwiska Prigożyna nie wymienił ani razu.

Moskwa tymczasem przygotowywała się do obrony. Na rogatkach stolicy pojawiły się punkty kontrolne i wojska wewnętrzne, ciężarówki z piaskiem blokowały drogi, a koparki rozkopywały jezdnie autostrady M4, żeby spowolnić kolumnę. W Moskwie, obwodzie moskiewskim i woroneskim ogłoszono reżim operacji antyterrorystycznej, merostwo stolicy ogłosiło poniedziałek dniem wolnym od pracy, a z Placu Czerwonego zniknęli turyści. W Woroneżu, gdzie doszło do uderzeń z powietrza na przejeżdżającą kolumnę, zapłonął skład paliw, a władze obwodu lipieckiego, kolejnego na trasie, wezwały mieszkańców do pozostania w domach i ograniczyły ruch na drogach. Geografia buntu mówiła sama za siebie: w ciągu jednej doby strefa kryzysu rozciągnęła się od Morza Azowskiego niemal po stolicę.

Świat obserwował to wszystko z mieszaniną niedowierzania i niepokoju. Prezydent Joe Biden konsultował się z przywódcami sojuszniczymi, a zachodnie stolice zgodnie przyjęły taktykę demonstracyjnego milczenia, by nie dawać Kremlowi pretekstu do oskarżeń o inspirowanie buntu z zewnątrz. W Kijowie nie kryto satysfakcji; ukraińscy oficjele komentowali, że Rosja właśnie pokazuje światu swoją prawdziwą kondycję, choć po cichu liczono także na coś więcej, na przykład na konieczność ściągnięcia rosyjskich rezerw z frontu. Państwa Azji Centralnej i Chiny wstrzymywały się z komentarzami do rozstrzygnięcia, co samo w sobie było wymowne. Przez kilkanaście godzin nikt na świecie, z Putinem włącznie, nie wiedział, czym skończy się ten dzień.

I wtedy, około dwustu kilometrów przed Moskwą, kolumna stanęła.

Bariery i punkty kontrolne na drodze prowadzącej do Moskwy podczas buntu wagnerowców
Gdy kolumna Wagnera zbliżała się do Moskwy, władze zaczęły przygotowywać prowizoryczną obronę dróg prowadzących do stolicy.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Układ zawarty przez telefon

Wieczorem 24 czerwca Prigożyn ogłosił, że zawraca. Tłumaczył, że nie chce rozlewu „rosyjskiej krwi” i dlatego, „zgodnie z planem”, konwoje wracają do obozów polowych. Oficjalnym pośrednikiem porozumienia został Alaksandr Łukaszenka, któremu Putin podziękował później publicznie. Warunki układu, ogłoszone tego samego wieczoru przez rzecznika Kremla Dmitrija Pieskowa, wyglądały następująco: postępowanie karne przeciwko Prigożynowi zostaje umorzone, on sam wyjeżdża na Białoruś, a jego najemnicy mają do wyboru kontrakty z Ministerstwem Obrony, powrót do domów albo wyjazd za swoim dowódcą. Czego dokładnie zażądał i co naprawdę obiecano Prigożynowi, nie wiadomo do dziś; treść rozmów telefonicznych z tamtej soboty pozostaje jedną z pilniej strzeżonych tajemnic Kremla. Wagnerowcy opuścili Rostów tej samej nocy, żegnani przez część mieszkańców niczym bohaterowie, co kremlowska telewizja starannie pominęła.

Dziwność tego finału trudno przecenić. Człowiek, którego prezydent kilkanaście godzin wcześniej de facto nazwał zdrajcą i którego porównał do sprawców katastrofy 1917 roku, odjechał wolny, z gwarancjami bezpieczeństwa wynegocjowanymi przez prezydenta sąsiedniego państwa. Zestrzelenie samolotów i śmierć lotników nie doczekały się ani procesu, ani nawet oficjalnego upamiętnienia ofiar z nazwiska. Pięć dni po buncie, 29 czerwca, Putin przyjął na Kremlu Prigożyna wraz z grupą dowódców Wagnera na trzygodzinnym spotkaniu, o którym opinia publiczna dowiedziała się dopiero po fakcie. Logika tych decyzji stanie się jaśniejsza dopiero pod koniec sierpnia.

Sam Prigożyn w pierwszym nagraniu po buncie utrzymywał, że marsz nie był wymierzony we władzę, lecz stanowił „protest” przeciwko likwidacji jego formacji, i że zatrzymał kolumnę z własnej woli. W tej wersji wydarzeń coś jednak fundamentalnie nie gra: protestujący nie zestrzeliwują śmigłowców ani samolotów dowodzenia, a zdobywcy nie zatrzymują się o kilka godzin jazdy od celu w momencie, gdy nikt realnie nie zagradza im drogi. Najbardziej przekonująca interpretacja, podzielana przez większość badaczy, mówi, że Prigożyn improwizował: liczył na to, że demonstracja siły zmusi Putina do poświęcenia Szojgu i Gierasimowa, a gdy zamiast negocjacji usłyszał słowo „zdrada”, zrozumiał, że stoi przed wyborem między szturmem na stolicę a układem ratującym życie. Wybrał układ. Jak się okazało, ratował życie tylko na chwilę.

Białoruskie interludium

Lipiec 2023 roku przyniósł obrazy, które jeszcze rok wcześniej wydawałyby się political fiction: kolumny wagnerowców rozbijające obozowisko pod miejscowością Cel koło Osipowicz, na południowy wschód od Mińska. Na Białoruś przeniosło się kilka tysięcy najemników; monitorujący sytuację białoruscy aktywiści szacowali ich liczbę w szczytowym momencie na około pięć tysięcy. Łukaszenka prezentował ich jako nabytek dla własnej armii; weterani Wagnera rzeczywiście prowadzili szkolenia białoruskich sił specjalnych i obrony terytorialnej, a państwowa telewizja w Mińsku chętnie pokazywała wspólne ćwiczenia na poligonach. Dla samego Łukaszenki cały epizod był politycznym samograjem. Rola rozjemcy, który „uratował Rosję przed wojną domową”, pozwoliła mu po latach funkcjonowania w roli klienta Kremla zaprezentować się jako partner, wobec którego Putin zaciągnął osobisty dług wdzięczności, i białoruski przywódca eksploatował ten wątek przy każdej okazji.

W Polsce i krajach bałtyckich obecność tysięcy doświadczonych najemników tuż za granicą wywołała zrozumiały niepokój, tym bardziej że Łukaszenka pozwalał sobie na prowokacyjne żarty o wagnerowcach rwących się „na wycieczkę do Warszawy i Rzeszowa”. Warszawa wzmocniła wówczas siły na granicy, a dyskusja o bezpieczeństwie wschodniej flanki NATO, rozpędzona już wcześniej przez akcesję Finlandii i Szwecji, którą opisywaliśmy w osobnym Trzyletniku, zyskała nowy, bardzo namacalny wątek.

Białoruski epizod okazał się jednak krótkotrwały. Po śmierci Prigożyna obóz pod Osipowiczami zaczął się wyludniać, część najemników wróciła do Rosji podpisywać kontrakty z resortem obrony, część wyjechała do Afryki, a satelitarne zdjęcia z kolejnych miesięcy pokazywały demontaż namiotów sektor po sektorze. Na Białorusi pozostała stosunkowo nieliczna grupa instruktorów.

Obóz najemników Grupy Wagnera w lesie na Białorusi
Po przerwaniu marszu część wagnerowców trafiła na Białoruś, gdzie ich obecność stała się nowym źródłem napięcia dla państw wschodniej flanki NATO.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Dziesięć ciał pod Kużenkinem

Dwudziestego trzeciego sierpnia 2023 roku, dokładnie dwa miesiące po rozpoczęciu buntu, prywatny Embraer Legacy 600 lecący z Moskwy do Petersburga runął na ziemię w obwodzie twerskim, koło wsi Kużenkino. Zginęło wszystkich dziesięć osób na pokładzie. Rosyjska agencja lotnicza potwierdziła, że wśród pasażerów znajdowali się Jewgienij Prigożyn, Dmitrij Utkin oraz Walerij Czekałow, odpowiadający w strukturze Wagnera za logistykę i finanse. Jednym uderzeniem zniknęło całe ścisłe kierownictwo formacji.

Oficjalne rosyjskie śledztwo nie przedstawiło nigdy wiarygodnych ustaleń co do przyczyn katastrofy. Powiązane z Wagnerem kanały na Telegramie od pierwszych godzin twierdziły, że maszynę zestrzeliła obrona przeciwlotnicza; świadkowie mówili o hukach poprzedzających upadek. Putin, komentując sprawę po kilku tygodniach, rzucił enigmatyczną tezę o odłamkach granatów znalezionych rzekomo w ciałach ofiar i zasugerował, że na pokładzie doszło do eksplozji. Zachodnie służby i niezależni analitycy niemal jednogłośnie uznali katastrofę za zamach, wskazując na celową eksplozję na pokładzie jako najbardziej prawdopodobny scenariusz. Reakcje zachodnich przywódców oscylowały między dyplomatyczną wstrzemięźliwością a ledwie skrywaną ironią; prezydent Biden przypomniał, że już w czerwcu ostrzegał, iż na miejscu Prigożyna uważałby, co je, i nie spuszczał oka z własnego menu. Twardego dowodu nie ma i zapewne nigdy nie będzie, ale wymowa kalendarza pozostaje bezlitosna: dokładnie dwa miesiące, co do dnia, od marszu na Moskwę.

Putin pożegnał Prigożyna nekrologiem szczególnego rodzaju. Nazwał go „człowiekiem o skomplikowanym losie”, który „popełniał w życiu poważne błędy”. Na pogrzeb, zorganizowany pospiesznie i kameralnie na Cmentarzu Prochowskim w Petersburgu, nie przyszedł żaden przedstawiciel władz. Grób szefa Wagnera stał się mimo to miejscem pielgrzymek nacjonalistycznie nastawionych Rosjan, a w rocznice śmierci pojawiają się na nim góry kwiatów. W rosyjskiej przestrzeni informacyjnej Prigożyn funkcjonuje dziś jako postać z pogranicza legendy miejskiej, z nieodłącznym wątkiem spiskowym, jakoby upozorował śmierć i ukrywał się w Afryce.

Miejsce katastrofy prywatnego samolotu w zachodniej Rosji po śmierci kierownictwa Grupy Wagnera
Dwa miesiące po buncie katastrofa samolotu pod Kużenkinem zakończyła historię ścisłego kierownictwa Grupy Wagnera i otworzyła drogę do przejęcia jej struktur przez Kreml.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Demontaż imperium

Po katastrofie pod Kużenkinem Kreml przeprowadził operację, do której bunt dał mu zarówno pretekst, jak i motywację: pełne przejęcie aktywów Prigożyna. Jego imperium medialne, z fabryką trolli włącznie, zostało rozwiązane lub przekazane w inne ręce jeszcze latem 2023 roku. Strukturami wojskowymi zajęło się państwo. Część najemników podpisała kontrakty z Ministerstwem Obrony i trafiła z powrotem na front ukraiński, część wchłonęła Rosgwardia, a opiekę nad „dziedzictwem” formacji Putin powierzył we wrześniu 2023 roku Andriejowi Troszewowi, pseudonim „Siedoj”, jednemu z weteranów Wagnera, który podczas buntu opowiedział się po stronie władz.

Losy szeregowych wagnerowców potoczyły się różnymi torami i żaden z nich nie układa się w prostą opowieść. Wielu doświadczonych bojowników przejęły konkurencyjne struktury najemnicze powiązane z resortem obrony i wywiadem wojskowym, z formacją Redut na czele, inni zasilili czeczeński Achmat Ramzana Kadyrowa, który po buncie ostentacyjnie otworzył drzwi dla „bezpańskich” weteranów. Osobnym, ponurym wątkiem okazali się ułaskawieni więźniowie: niezależne rosyjskie media dokumentowały w kolejnych latach przypadki ciężkich przestępstw, w tym zabójstw, popełnianych przez byłych skazanych, którzy wrócili z frontu z czystą kartoteką i bojowym doświadczeniem. Eksperyment z masową rekrutacją kryminalistów, zapoczątkowany przez Prigożyna i kontynuowany potem przez samo ministerstwo, stał się jednym z najdotkliwszych społecznych kosztów tej wojny, odczuwanym w rosyjskich miasteczkach do dziś.

Najcenniejszą częścią schedy była Afryka. Tam, gdzie Prigożyn budował sieć wpływów wymienianych na złoto i koncesje, rosyjskie Ministerstwo Obrony powołało nową strukturę: Korpus Afrykański, formalnie podporządkowany resortowi i nadzorowany przez wojskowy wywiad GRU. Model biznesowy pozostał ten sam i polega na wymianie usług ochrony reżimu na dostęp do surowców. W Republice Środkowoafrykańskiej rosyjscy najemnicy ochraniają prezydenta Faustina-Archange’a Touadérę i kontrolują wydobycie złota, w Mali wsparli juntę po wyparciu z kraju Francuzów, a kolejne kontyngenty trafiły do Libii, Burkina Faso i Nigru, układając się w pas rosyjskich wpływów ciągnący się przez cały Sahel. Sama zmiana szyldu nie odbyła się jednak bezboleśnie. Przejmowanie struktur trwało latami, bo wagnerowcy w terenie dysponowali czymś, czego moskiewskim urzędnikom brakowało, czyli osobistymi relacjami z lokalnymi juntami i znajomością realiów wypracowaną przez lata brudnej roboty.

Najdłużej autonomię zachował kontyngent w Mali, dla którego punktem zwrotnym okazała się zasadzka pod Tinzawaten w lipcu 2024 roku, gdzie tuarescy rebelianci i dżihadyści zabili kilkudziesięciu rosyjskich najemników w najkrwawszej afrykańskiej porażce formacji. W czerwcu 2025 roku Grupa Wagnera ogłosiła w końcu zakończenie misji w Mali i triumfalny „powrót do domu”; jej zadania przejął w całości Korpus Afrykański, w którego szeregach służą zresztą w ogromnej większości dawni wagnerowcy. Skuteczność nowej struktury budzi przy tym poważne wątpliwości: liczba operacji przeciwko dżihadystom spadła, a ugrupowania powiązane z Al-Kaidą i Państwem Islamskim rozszerzają strefy działania, podchodząc coraz bliżej Bamako. Według brytyjskiego wywiadu liczebność samej Grupy Wagnera skurczyła się w ciągu ostatnich lat o około dziewięćdziesiąt procent. Marka, która przez dekadę budziła strach na trzech kontynentach, została zredukowana do resztkowej obecności w Republice Środkowoafrykańskiej i na Białorusi.

Osobny rozdział to losy ludzi, których bunt dotknął rykoszetem. Generał Siergiej Surowikin, były dowódca operacji w Ukrainie uchodzący za życzliwego Wagnerowi, zniknął z przestrzeni publicznej nazajutrz po buncie; po tygodniach spekulacji o jego areszcie został odwołany ze stanowiska dowódcy sił powietrzno-kosmicznych i zesłany na trzeciorzędne funkcje. Człowiek, którego zachodnie media okrzyknęły kiedyś „generałem Armagedonem” i któremu wróżono najwyższe stanowiska w armii, pojawia się odtąd publicznie sporadycznie, w rolach tak odległych od frontu, jak to tylko w rosyjskich strukturach możliwe. Z kolei Szojgu, którego dymisji domagał się Prigożyn, przetrwał na stanowisku jeszcze niecały rok: w maju 2024 roku Putin przesunął go na pozycję sekretarza Rady Bezpieczeństwa, a resort obrony oddał ekonomiście Andriejowi Biełousowowi. Gierasimow pozostał szefem Sztabu Generalnego. Historia zatoczyła tu pętlę godną rosyjskiej literatury: główny postulat buntownika został częściowo zrealizowany, tyle że rok później, w innym opakowaniu i bez żadnego związku z jego ofiarą.

Czego dowiedzieliśmy się o Rosji

Bunt Prigożyna trwał o wiele za krótko, by zmienić bieg wojny, ale wystarczająco długo, by odsłonić kilka prawd o rosyjskim państwie, które wcześniej można było jedynie podejrzewać.

Najbardziej oczywista lekcja dotyczy monopolu na przemoc, fundamentu każdego nowoczesnego państwa. Rosja, hodując prywatną armię jako wygodne narzędzie polityki zagranicznej, sama ten monopol rozmontowała, a w czerwcu 2023 roku narzędzie zwróciło się przeciwko właścicielowi. Uzbrojona formacja przejęła bez walki milionowe miasto i centrum dowodzenia wojną, przejechała ponad siedemset kilometrów w głąb kraju, zestrzeliła wojskowe statki powietrzne i nie poniosła za to żadnych natychmiastowych konsekwencji. Przeciwnie, jej dowódca wynegocjował sobie nietykalność. Państwa zdolne do obrony własnej suwerenności tak nie wyglądają.

Lojalność elit przeszła tego dnia test, którego wynik powinien spędzać Kremlowi sen z powiek. Przez kilkanaście godzin kryzysu rosyjski establishment milczał. Gubernatorzy, deputowani, oligarchowie i generałowie czekali, aż wyjaśni się, kto wygrywa; deklaracje wierności Putinowi posypały się lawinowo dopiero wieczorem 24 czerwca, gdy było już po wszystkim. Armia zaś nie wykonała żadnego widocznego manewru, by zatrzymać kolumnę na lądzie. Jedyni, którzy podjęli walkę, to piloci, i oni jedyni za to zginęli. System zbudowany na strachu i patronażu okazał się systemem, w którym w godzinie próby nikt nie kwapi się umierać za patrona.

Jest wreszcie wniosek dla Kremla nieco bardziej pocieszający, tłumaczący, dlaczego reżim ostatecznie wyszedł z kryzysu wzmocniony, a nie osłabiony. Bunt nie miał żadnego politycznego zaplecza ani programu poza osobistą wendetą. Prigożyn nie kwestionował władzy Putina, nie proponował alternatywy, nie wzywał Rosjan na ulice, a Rosjanie sami z siebie na te ulice nie wyszli, ani w obronie reżimu, ani przeciw niemu. Społeczna obojętność, którą wagnerowcy napotkali w Rostowie, działała w obie strony. Kreml wyciągnął z tego lekcję i przez kolejne miesiące metodycznie domknął system: zlikwidował fizycznie przywódców buntu, znacjonalizował ich aktywa, zaostrzył kontrolę nad strukturami siłowymi i pokazał elitom, jaka jest cena nielojalności. Domknięcie miało także wymiar instytucjonalny. Jeszcze latem 2023 roku Duma przyjęła przepisy zobowiązujące członków wszelkich formacji ochotniczych do składania przysięgi na wierność państwu, a Rosgwardia, pretorianie reżimu, otrzymała prawo do posiadania ciężkiego sprzętu wojskowego, w tym czołgów. Przesłanie tych regulacji było czytelne: nigdy więcej prywatnych armii zdolnych do samodzielnej gry. Marzec 2024 roku przyniósł Putinowi kolejną, rytualną reelekcję, a wewnętrzne wstrząsy porównywalne z czerwcem 2023 roku już się nie powtórzyły.

Dla samej wojny w Ukrainie bunt okazał się, wbrew gorącym nadziejom Kijowa, wydarzeniem niemal bez znaczenia militarnego. Oddziały Wagnera i tak nie stały już wtedy na pierwszej linii, front nie zadrżał, a trwająca właśnie ukraińska kontrofensywa nie zyskała na rosyjskim zamieszaniu nic wymiernego. To rozczarowanie jest zresztą pouczające samo w sobie: kryzysy polityczne w Rosji, nawet spektakularne, nie przekładają się automatycznie na jej zdolności wojenne, a oczekiwanie, że system zawali się od jednego wstrząsu, okazało się myśleniem życzeniowym.

Pozostaje pytanie o miejsce buntu w dłuższej historii. Część analityków widzi w nim epizod bez konsekwencji, anomalię domkniętą katastrofą Embraera. Inni wskazują, że precedens jest nieusuwalny: raz pokazana słabość nie znika z pamięci, a scenariusz, w którym uzbrojona grupa rusza na Moskwę i nikt jej nie zatrzymuje, przestał należeć do sfery fantazji. W historiografii rosyjskich smut i przewrotów, od buntu Pugaczowa po pucz Janajewa, czerwiec 2023 roku zajął już swoje miejsce, choć na ostateczną ocenę przyjdzie poczekać do czasów, gdy rosyjskie archiwa odsłonią kulisy tamtych dwudziestu czterech godzin.

Dla nas, obserwujących te wydarzenia zza zachodniej granicy Rosji i Białorusi, tamten czerwcowy weekend pozostaje przede wszystkim lekcją pokory wobec prognoz. Buntu nie przewidział żaden ośrodek analityczny, a jego nagłe zakończenie zaskoczyło wszystkich jeszcze bardziej. Mało kto obstawiał też, że trzy lata później po Grupie Wagnera zostanie głównie grób na petersburskim cmentarzu, podupadająca filia w Afryce Środkowej i wdzięczny materiał na seriale dokumentalne. Państwa autorytarne potrafią sprawiać wrażenie monolitów aż do dnia, w którym pęknięcie przebiega przez sam środek fasady. Dwudziestego czwartego czerwca 2023 roku to pęknięcie zobaczył cały świat. I choć fasadę od tamtej pory starannie zaszpachlowano, każdy, kto patrzył uważnie, wie już, że ta ściana nie jest lita.

Literatura i źródła