Zdanie, które brzmi jak oczywistość

Prawdziwy autor pisze piórem.

Brzmi staroświecko. Łatwo wyobrazić sobie kogoś w surducie i z piórem w ręce, kto z niesmakiem ogląda maszynę do pisania postawioną na biurku młodszego kolegi, i wypowiada tę formułę tonem człowieka broniącego ostatniego przyzwoitego zwyczaju. Dziś ta sama figura wraca w komentarzach pod tekstami, o których ktoś podejrzewa, że powstały z udziałem generatywnej sztucznej inteligencji. Zmieniło się narzędzie, przy którym się oburzamy. Sam odruch jest starszy od pióra, od druku i od papieru.

Historię technologii pisania da się opowiedzieć jako historię przejmowania. Nośnik przejął pamięć. Prasa drukarska zdjęła z kopisty powielanie, indeks i katalog wzięły na siebie odnajdywanie, a edytor tekstu zajął się przebudową zdania, którego autor nie chciał już przepisywać od nowa. Wyszukiwarka uwolniła nas od obowiązku pamiętania, gdzie informacja leży. Generatywna AI sięga dalej i podsuwa całe gotowe akapity.

Z takiej opowieści łatwo wyciągnąć wygodny wniosek, że skoro ludzie bali się kiedyś druku, to obawy wobec AI też z czasem okażą się śmieszne. Byłby to wniosek fałszywy, bo część dawnych obaw trafiła w sedno, a niektóre technologie naprawdę zmieniły zakres tego, co człowiek potrafi zrobić bez ich pomocy.

Zdania stylizowane, składane dalej kursywą, kondensują udokumentowane obawy epoki, ale nie są cytatami z żadnego historycznego dokumentu. Wszędzie tam, gdzie ktoś naprawdę coś napisał, podajemy nazwisko.

Król, który nie chciał pisma

Zacznijmy od Platona, bo w Fajdrosie pada argument najmocniejszy z całej tej historii. Sokrates przytacza tam egipską opowieść, zasłyszaną, jak zaznacza, od dawnych ludzi. Bóg Teut, wynalazca liczb, liter, rachunków, geometrii i astronomii, a przy okazji gry w warcaby i w kości, przynosi swoje pomysły królowi Tamuzowi. Przy piśmie wynalazca chwali się, że oto znalazł lekarstwo na pamięć i mądrość. Tamuz zaczyna od przesłanki, która nie zestarzała się ani trochę. Kto potrafi wynaleźć jakąś sztukę, mówi król, wcale nie musi umieć ocenić, czy będzie ona dla ludzi pożyteczna, czy szkodliwa, bo taka ocena należy już do kogoś innego.

Dalej idzie już sam zarzut, że pismo posieje w duszach niepamięć, bo ten, kto się go wyuczy, przestanie ćwiczyć pamięć i zaufa zewnętrznym znakom, obcym jego własnej istocie. Lekarstwo, które znalazł Teut, działa więc nie na pamiętanie, tylko na przypominanie. Uczniowie przyswoją wiele rzeczy bez nauczyciela i będą uchodzić powierzchownie za mądrych, mając zamiast mądrości jej pozór.

Platon zadbał przy tym o rzecz, którą dzisiejsze cytowania zwykle pomijają. Kilka wersów dalej Fajdros zarzuca Sokratesowi, że ten bez trudu zmyśla opowieści z Egiptu albo z dowolnego innego kraju. Sokrates odpowiada, że dawni ludzie potrafili słuchać nawet dębu i skały, byle mówiły prawdę, i że pytanie o autora wypowiedzi jest mniej istotne od pytania, czy wypowiedź jest prawdziwa.

Zdanie „Platon był przeciwnikiem pisma" byłoby więc uproszczeniem podwójnym. Filozof, pod którego imieniem przetrwało trzydzieści pięć dialogów, wyraźnie widział w piśmie wartość, a całą scenę oznaczył wewnątrz tekstu jako zmyśloną. Zostaje ironia, której z tego fragmentu nie da się usunąć. Argument przeciwko oddawaniu pamięci na zewnątrz dotrwał do nas wyłącznie dlatego, że ktoś go zapisał.

Prawdziwy uczony wie. Nie musi zaglądać do zapisków.

Kamień jest trwały, trzcina jest szybka

Pismo egipskie należy, obok sumeryjskiego, do najstarszych znanych systemów. British Museum datuje jego pojawienie się na okres od około 3300 do 3250 r. p.n.e.

Hieroglify kojarzą się ze ścianą świątyni i jest to skojarzenie trafne. Ryto je w kamieniu, w grobowcach i na monumentach, przez blisko trzy tysiąclecia. Kiedy jednak pismo zaczęto zapisywać pędzelkiem lub trzcinowym piórem na papirusie, znaki musiały się zmienić. Powstały formy mniej obrazkowe i bardziej skrótowe, hieratyka i demotyka, którymi prowadzono codzienną administrację. Skryba, który nie opanował hieroglifów, i tak potrafił spisać rachunek.

Najstarszy znany zwój papirusu pochodzi z grobowca dostojnika Hemaki, z około 2900 r. p.n.e. Nie ma na nim ani jednego znaku. Najstarsze zachowane teksty na papirusie są znacznie późniejsze i pochodzą z portu Wadi el-Dżarf nad Morzem Czerwonym, z czasów IV dynastii.

Nie znaleźliśmy historycznych podstaw, by wkładać w usta starożytnych Egipcjan efektowne narzekania na nietrwałość nowego nośnika. Ta część historii wygląda po prostu na zmianę możliwości. Nowy materiał pozwolił pisać szybciej i taniej, a przy tym o sprawach, których nikt nie umieściłby na ścianie grobowca.

Zwój ustępuje kodeksowi

Na początku I wieku naszej ery książka w świecie grecko-rzymskim miała postać zwoju papirusowego. W późnej starożytności większość książek to już kodeksy, czyli zszyte składki kart, obiekty niewiele różniące się od tego, co dziś bierzemy do ręki. Pergamin w dużej mierze zastąpił papirus.

British Library przypomina, że splotły się tu ze sobą trzy odrębne zjawiska, mianowicie przejście od zwoju do kodeksu, wymiana papirusu na pergamin oraz rozwój chrześcijaństwa. Niemal wszystkie zachowane fragmenty Nowego Testamentu z pierwszych stuleci pochodzą z kodeksów. Teksty literackie, zwłaszcza greckie, trzymały się zwoju aż do IV wieku.

Sama treść pozostała nietknięta, zmienił się natomiast sposób poruszania się po niej, bo ze zwoju czyta się liniowo, przewijając materiał z jednej ręki do drugiej, podczas gdy kodeks pozwala otworzyć książkę w wybranym miejscu, cofnąć się o kilka kart i zestawić ze sobą dwa oddalone fragmenty bez rozwijania całości. Można powiedzieć, że historia interfejsu tekstu zaczyna się mniej więcej w tym punkcie, na długo przed pierwszym ekranem komputera.

Papirusowy zwój i wczesny kodeks leżące obok siebie na drewnianym stole
Zwój wymuszał w dużej mierze linearne przewijanie tekstu. Kodeks pozwalał otworzyć księgę w wybranym miejscu, łatwiej wracać do wcześniejszych fragmentów i porównywać odległe partie tekstu.
Rekonstrukcja poglądowa · grafika AI – nie jest materiałem archiwalnym · FaleInspiracji.pl · CC0 1.0

Ctrl+F wynaleziono w XIII wieku

Istnieje intuicja, według której dawny czytelnik brnął zawsze przez całość, od pierwszej strony do ostatniej, i dopiero komputer nauczył ludzi skakać po tekście. Nie broni się ona nawet w zderzeniu ze średniowiecznymi rękopisami.

Około 1230 roku niemal równocześnie powstają dwa narzędzia, które robią z księgi bazę danych. W Oksfordzie Robert Grosseteste buduje Tabulę, indeks przedmiotowy obejmujący kilkaset kategorii i odsyłający do miejsc, w których dane zagadnienie pojawia się w Biblii, u ojców Kościoła, u Arystotelesa i u filozofów arabskich. W Paryżu dominikanie z klasztoru Saint-Jacques pod kierunkiem Hugona z Saint-Cher tworzą konkordancję biblijną, czyli alfabetyczną listę słów Pisma wraz z lokalizacjami ich wystąpień. Rozmachu tego przedsięwzięcia trudno przecenić, skoro Duncan podaje, że gotowa konkordancja objęła ponad dziesięć tysięcy haseł, a przy każdym z nich stała lista miejsc, w których dane słowo w Piśmie występuje.

Czytelnik dostaje możliwość ominięcia tekstu, którego nie potrzebuje.

Wraz z tą możliwością pojawia się nieufność. Dennis Duncan, autor historii indeksu, zwraca uwagę, że rozpowszechnianiu się wynalazku towarzyszyła obawa przed powierzchownym czytaniem, bardzo podobna do tej, którą wywołały później wyszukiwarki. Najsłynniejszy zarzut sformułował Alexander Pope w Dunciadzie z 1728 roku, kpiąc z uczoności, która nie przyprawia studenta o bladość, a mimo to trzyma węgorza nauki za ogon. Poeta zarzucał współczesnym, że dzięki alfabetycznemu wykazowi udają znajomość księgi, do której zajrzeli wyłącznie od strony spisu haseł.

Prawdziwy uczony czyta księgę. Nie zagląda do indeksu haseł.

Średniowieczne księgi, indeksy, zakładki i narzędzia pomagające odnajdywać fragmenty tekstu
Indeksy, konkordancje, zakładki i systemy odsyłaczy pozwalały średniowiecznym uczonym odnajdywać potrzebne informacje bez czytania całego dzieła od początku do końca.
Rekonstrukcja poglądowa · grafika AI – nie jest materiałem archiwalnym · FaleInspiracji.pl · CC0 1.0

Uczony i jego pomocnicy

Zanim wejdą maszyny, wypada rozbić jeszcze jeden mit, czyli obraz samotnego autora przy biurku. Ann Blair z Uniwersytetu Harvarda od lat bada rolę pomocników w warsztacie dawnego uczonego. Amanuenses, czyli sekretarze, kopiści, uczniowie, służący i członkowie rodziny, wykonywali czynności, które dziś uznalibyśmy za rdzeń pracy pisarskiej. Przyjmowali dyktando i sporządzali czystopisy, notatki oraz indeksy, nanosili poprawki, a w niektórych warsztatach przygotowywali także całe fragmenty tekstu, który ukazywał się potem pod cudzym nazwiskiem. Blair pokazuje ten mechanizm na warsztatach Erazma z Rotterdamu, Marcina Bucera czy paryskich profesorów Adriena Turnèbe’a i Petrusa Ramusa. Jej najnowsza książka, zapowiadana przez Princeton University Press na wrzesień 2026 roku, dopisuje do tej historii rozdział o cyfrowych amanuensach, czyli o chatbotach i narzędziach programowych.

Wniosek jest niewygodny dla obu stron dzisiejszego sporu. Pytanie „czy autor własnoręcznie spisał każdą literę czy chociaż uderzył w każdy klawisz" nigdy nie było wystarczającą definicją autorstwa. Nazwisko na karcie tytułowej od dawna oznacza odpowiedzialność za całość i za koncepcję, a nie fizyczny ślad ręki na każdej stronie.

Z tego nie wynika jednak, że sekretarz i model językowy to jedno i to samo. Sekretarz notował cudze argumenty, własnych zwykle nie produkował, choć bywały odstępstwa.

Z biurka kopisty do warsztatu drukarza

W połowie XV wieku reprodukcja tekstu w Europie przenosi się z biurka kopisty do warsztatu drukarskiego. Symbolicznym punktem tej zmiany jest Biblia Gutenberga, wydrukowana w Moguncji w latach 1454–1455 przez Johannesa Gutenberga i Johannesa Fusta.

Library of Congress opisuje ją ostrożnie i precyzyjnie, jako pierwszą wielką książkę wydrukowaną w Europie Zachodniej ruchomą metalową czcionką oraz pierwszą wielkoformatową Biblię typograficzną na tym kontynencie. W tym sformułowaniu nie ma ani jednego słowa postawionego przypadkiem, ponieważ druk ruchomą czcionką znano w Azji wcześniej, a pierwsze prasy z czcionką porcelanową działały w Chinach już w latach czterdziestych XI wieku. Nakład szacuje się na najwyżej 180 egzemplarzy, przy czym liczba ta opiera się na jednym liście Eneasza Sylwiusza Piccolominiego, przyszłego papieża Piusa II, który oglądał próbki pracy Gutenberga we Frankfurcie w 1455 roku. Do dziś zachowało się czterdzieści dziewięć mniej lub bardziej kompletnych egzemplarzy, dwanaście na pergaminie i trzydzieści siedem na papierze.

Ciekawy jest jednak szczegół, który psuje obraz gwałtownego zerwania. Rubrykacje, iluminacje i oprawy w zachowanych egzemplarzach różnią się między sobą stylistycznie, bo wykonywali je lokalni rzemieślnicy już po wydrukowaniu arkuszy. Nabywca kupował tekst, a zdobienia zamawiał osobno. Nowa technologia weszła do świata starej i przez pewien czas działała razem z nią.

Za mało czy za dużo książek?

Sto lat później problem odwraca się o sto osiemdziesiąt stopni.

W XVI i XVII wieku europejscy uczeni zaczynają narzekać na nadmiar. Ann Blair poświęciła temu książkę Too Much to Know, w której zebrała skargi zdumiewająco podobne do naszych. Książek jest za dużo, bywają mylące i szkodliwe, a nikt przy zdrowych zmysłach nie zdoła tego wszystkiego przeczytać. Odpowiedzią stały się techniki zarządzania informacją. Uczeni robili obszerne notatki z lektur i porządkowali je za pomocą urządzeń wyszukiwawczych, a całe zbiory takich notatek publikowano potem jako książki pomocnicze, w których czytelnik znajdował najlepsze fragmenty dzieł, do jakich sam nigdy by nie dotarł.

Blair zwraca uwagę na coś jeszcze. Poczucie przeciążenia informacyjnego nie było uniwersalne. W Chinach druk istniał przez stulecia i nie był postrzegany jako przyczyna nadmiaru.

Jeśli szukać historycznego odpowiednika zdania „internet jest pełen śmieci", jest on właśnie tutaj, cztery i pół wieku wcześniej.

Skoro każdy drukuje, po czym poznać wiedzę wśród makulatury.

Dwadzieścia dwa miliony kartek

Wielka biblioteka pozbawiona aparatu wyszukiwawczego zamienia się w magazyn. Library of Congress przez pierwsze sto lat istnienia, od 1800 do 1900 roku, korzystała z katalogów drukowanych. Gdy w 1870 roku przejęła obowiązki rejestracji egzemplarza obowiązkowego, liczba nabytków zaczęła rosnąć szybciej, niż dało się aktualizować druk. Prace nad nowym katalogiem kartkowym ruszyły w lipcu 1898 roku, a na początku 1900 roku karty stały się dostępne w głównej czytelni. Zaczęto je nazywać katalogiem publicznym. W styczniu 1901 roku biblioteka zaczęła drukować karty dla każdej nowo skatalogowanej książki.

Karta robi rzecz, którą łatwo przeoczyć, ponieważ oddziela informację o książce od samej książki, dzięki czemu autor, tytuł i temat stają się osobnymi kluczami wyszukiwania, po których można poruszać się niezależnie od siebie i bez schodzenia do magazynu po jakikolwiek egzemplarz.

Katalog rósł przez osiem dekad. Ostatnią kartę dołożono w 1980 roku, a zbiór liczył wtedy ponad dwadzieścia dwa miliony kartek w mniej więcej dwudziestu dwóch tysiącach szuflad. W szczycie zajmował około jednej piątej powierzchni głównej czytelni, całą dzisiejszą salę informacji naukowej, pomieszczenie LJ 139 i fragmenty korytarzy między nimi.

Biblioteczny katalog kartkowy, czytnik mikrofilmów i wczesny terminal komputerowy
Biblioteczny katalog kartkowy oddzielił informację o książce od samej książki, mikrofilm umożliwił przechowywanie reprodukcji ogromnych zbiorów, a komputerowe katalogi zamieniły opis dokumentu w dane możliwe do automatycznego przeszukiwania.
Rekonstrukcja poglądowa · grafika AI – nie jest materiałem archiwalnym · FaleInspiracji.pl · CC0 1.0

Maszyna odbiera listowi rękę

W drugiej połowie XIX wieku na biurka wchodzi maszyna do pisania, a razem z nią pierwszy naprawdę dobrze udokumentowany opór.

Smithsonian opisuje początki bez upiększeń. Sprzedaż szła wolno, ponieważ ludzie mieli kłopot z wyobrażeniem sobie, do czego właściwie ta maszyna miałaby służyć. Przedsiębiorstwa zatrudniały skrybów prowadzących drukowane księgi rachunkowe według własnych zwyczajów i nie ufały autentyczności dokumentów maszynowych. W zastosowaniach domowych maszynopis wyglądał bezosobowo, a pierwsi użytkownicy opowiadali, że znajomi i rodzina pytali ich, po co wynajęli drukarnię do napisania listu.

Christopher Latham Sholes opatentował w 1878 roku maszynę, na której rysunku numer trzy widnieje układ klawiatury QWERTY, choć w samych zastrzeżeniach patentowych wynalazca nie poświęcił temu układowi ani słowa, a dominujące dziś wyjaśnienie mówi, że litery rozstawiono tak, by nieco spowolnić pisanie i zapobiec zaczepianiu się czcionek o siebie.

Tutaj tytuł tego artykułu zaczyna działać dosłownie. Sceptykom nie chodziło o jakość tekstu, tylko o zniknięcie ręki, po której rozpoznawało się konkretnego człowieka.

Prawdziwy list pisze się ręcznie. Maszyna nadaje się do faktur.

Rozstrzygnięcie przyszło od strony, której sceptycy nie brali pod uwagę. W połowie lat osiemdziesiątych XIX wieku firmy zaczęły zatrudniać wyspecjalizowanych pracowników do obsługi rosnącej korespondencji, a zmiany w praktyce księgowej sprawiły, że zakup maszyny zaczął się opłacać. Cecha odbierająca pismu indywidualność okazała się zaletą, gdy trzeba było przetworzyć tysiąc listów miesięcznie.

Gazeta, której nie ma przed nami

Pod koniec lat trzydziestych XX wieku Library of Congress i New York Public Library zaczęły systematycznie archiwizować gazety na mikrofilmach, a powód był całkowicie prozaiczny. Tani papier gazetowy jest nietrwały, a całe roczniki rozpadają się w rękach czytelników. Mikrofilm pozwalał zmieścić dziesięciolecia prasy w kilku pudełkach i udostępniać treść bez dotykania oryginału. Wczesna taśma miała zresztą własne problemy, bo jej trwałość szacowano wtedy na mniej niż jedno pokolenie.

Czytelnik siada przed czytnikiem i ogląda reprodukcję strony. Treść pozostaje ta sama, znika bezpośredni kontakt z przedmiotem. > Krytycy powiedzą, że nie ma klimatu papieru gazetowego.

Mikrofilm przechowuje przy tym wyłącznie obraz strony. Maszyna nadal nie wie, co na tej stronie napisano, i żadne zapytanie nie odnajdzie w niej nazwiska.

Katalog zamienia się w dane

Drugą gałąź automatyzacji uruchomiła Henriette Avram, programistka Library of Congress, która w latach sześćdziesiątych kierowała projektem MARC. Skrót rozwija się jako Machine-Readable Cataloging, czyli katalogowanie czytelne dla maszyn. Projekt pilotażowy, prowadzony wspólnie z szesnastoma bibliotekami, miał sprawdzić, czy dane katalogowe da się w ogóle zapisać w formie nadającej się do dystrybucji na taśmach magnetycznych. Operacyjna dystrybucja rekordów ruszyła w 1969 roku. W kolejnych latach format objął wydawnictwa ciągłe, mapy, filmy i rękopisy.

Mikrofilm i MARC trzeba rozpatrywać osobno, gdyż pierwszy zachowuje wygląd dokumentu i nic ponadto, drugi zaś zapisuje uporządkowane dane o dokumencie w postaci, którą komputer potrafi przeszukać i odesłać do biblioteki po drugiej stronie kraju. Szuflada z kartami zamienia się w bazę danych.

Błąd przestaje kosztować kartkę papieru

W 1961 roku IBM wprowadził Selectrica, maszynę z obrotową głowicą zamiast koszyka czcionek. Trzy lata później pojawiła się jej wersja, która zmieniła sposób pracy z tekstem.

Magnetic Tape Selectric Typewriter z 1964 roku zapisywał wystukiwany tekst na taśmie magnetycznej. Kartridż mieścił około dwudziestu pięciu kilobajtów, czyli równowartość kilkunastu stron znormalizowanego maszynopisu. Ekranu nie było wcale, więc operator widział swoją pracę wyłącznie na papierze. Zmieniło się co innego, mianowicie zapisany materiał dawał się odtworzyć i poprawić, a potem wydrukować ponownie, bez przepisywania całości od początku.

Prawdziwy przewrót przyszedł dekadę później z Xerox PARC. W 1974 roku Butler Lampson, Charles Simonyi i ich współpracownicy uruchomili Bravo, pierwszy edytor typu WYSIWYG, w którym ekran pokazywał układ przyszłej strony. Bravo nigdy nie trafiło do sprzedaży. Simonyi przeszedł w 1981 roku do Microsoftu, gdzie razem z Richardem Brodiem zbudował program wprowadzony na rynek w 1983 roku pod nazwą Microsoft Word. Wersja dla Windows z 1989 roku odpowiadała już w 1993 roku za połowę przychodów rynku edytorów tekstu, a w 1997 roku za dziewięćdziesiąt procent.

Matthew Kirschenbaum, badacz z University of Maryland, poświęcił reakcjom pisarzy na tę zmianę książkę Track Changes. Obraz, który się z niej wyłania, jest podzielony. Część autorów przyjęła edytory tekstu z entuzjazmem, część widziała w nich śmierć literatury. Isaac Asimov wspominał, że po jednej nocy coś w jego głowie się przestawiło i rano obsługiwał maszynę jak weteran. Kirschenbaum zwraca też uwagę na tempo oswojenia. W 1978 lub 1979 roku pisarz przy komputerze należał do awangardy. W 1983 lub 1984 roku był już tylko częścią ducha czasu.

Jak nauczy się pisać ktoś, kto może bez końca kasować własne błędy.

Maszyna do pisania, papierowe fragmenty tekstu, nożyczki i wczesny komputer osobisty
Maszyna do pisania utrwalała tekst bezpośrednio na papierze. Edytor tekstu pozwolił poprawiać, przenosić i kopiować fragmenty bez ponownego przepisywania całości. Cyfrowe „wytnij, kopiuj, wklej” zachowało nawet język dawnego warsztatu z nożyczkami i klejem.
Rekonstrukcja poglądowa · grafika AI – nie jest materiałem archiwalnym · FaleInspiracji.pl · CC0 1.0

Wytnij, kopiuj, wklej

Metafora, której używamy codziennie, przyszła wprost z warsztatu wydawniczego. Larry Tesler, zanim trafił do Xerox PARC, składał na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych kwartalny katalog dla pewnej organizacji non profit. Robił to nożyczkami i klejem. W PARC-u pracował z Timem Mottem nad edytorem Gypsy, w którym najważniejszym pomysłem było usunięcie trybów programowych. W edytorach tamtej epoki użytkownik musiał najpierw przełączyć program w tryb komend, a dopiero potem wydać polecenie. Tesler uważał to za źródło niepotrzebnej frustracji i zaproponował model odwrotny, w którym użytkownik najpierw zaznacza obiekt, a dopiero potem wykonuje na nim operację.

Gotowy w 1975 roku Gypsy wprowadził zaznaczanie tekstu przeciągnięciem myszy, operacje wycinania, kopiowania i wklejania wraz z wizualną reprezentacją tego, co dziś nazywamy schowkiem, a także zmianę kroju zaznaczonego fragmentu na pogrubiony, pochyły lub podkreślony. Podwójne kliknięcie zaznaczające całe słowo przypisuje się Mottowi. Program nie trafił do sprzedaży, ale nie skończył jako demonstracja laboratoryjna, bo powstał na zamówienie Ginn and Company, wydawnictwa podręczników należącego do Xeroksa, i pracował tam na produkcji. Jego pomysły przyjęły się tak powszechnie, że dziś trudno je w ogóle zauważyć.

Od tego momentu kopiowanie przestało wymagać przepisywania. Ta sama funkcja, która oszczędza godziny uczciwej pracy, jest zarazem najwygodniejszym narzędziem plagiatu, jakie kiedykolwiek powstało. Technologia nie rozstrzyga o tym, do czego zostanie użyta.

Maszyna uczy się czytać

Optyczne rozpoznawanie znaków zamienia obraz litery w kod, który komputer potrafi przeszukać. Brzmi to niepozornie, ale przewraca do góry nogami charakter każdego archiwum.

Krój OCR-A powstał w Stanach Zjednoczonych w latach sześćdziesiątych, a w kolejnej dekadzie technologia doczekała się norm. Amerykańskie Narodowe Biuro Norm, przemianowane w 1988 roku na NIST, wydało 1 maja 1976 roku wytyczne dotyczące projektowania formularzy przystosowanych do odczytu optycznego, a w listopadzie i grudniu tego samego roku Międzynarodowa Organizacja Normalizacyjna opublikowała normy opisujące kształty i wymiary znaków OCR-A oraz OCR-B.

W serwisie Chronicling America, prowadzonym przez Library of Congress, zeskanowane strony historycznych gazet przechodzą przez OCR i dopiero dzięki temu dają się przeszukiwać pełnotekstowo. Nazwisko, którego kiedyś szukało się tygodniami, da się odnaleźć w kilka sekund.

Biblioteka nie ukrywa jednak ograniczeń. Rozpoznawanie nie jest stuprocentowo dokładne, a przy uszkodzonym papierze, nietypowych krojach i drobnym druku generuje błędy, których nie da się poprawić automatycznie. Instrukcje wyszukiwania podają konkretne przykłady z bibliotecznego zbioru, w których John Wilkes Booth zamienia się w „John Wilket Booth". Dlatego bibliotekarze radzą szukać krótkich fraz i słów w pobliżu siebie zamiast dokładnych cytatów. W 2025 roku Library of Congress uruchomiła nowy potok przetwarzania oparty na silniku Tesseract, żeby poprawić jakość tekstu wygenerowanego przed 2012 rokiem.

Czerwony wężyk

Program sprawdzający pisownię przejmuje kompetencję drobną, ale bardzo osobistą. Współczesne aplikacje biurowe zwykle znaczą prawdopodobny błąd pisowni czerwoną falką, a możliwy problem gramatyczny falką niebieską, i po kliknięciu prawym przyciskiem podsuwają gotową poprawkę. Nikt dziś nie uznaje autora za oszusta dlatego, że korzysta ze słownika wbudowanego w edytor.

Nie znaleźliśmy historycznej fali oburzenia na tę akurat funkcję i nie zamierzamy jej wymyślać. Zdanie poniżej jest naszą ilustracją problemu, nie cytatem.

Prawdziwy autor zna ortografię. Komputer nie powinien go wyręczać.

Ciekawsze od nieistniejącego protestu jest to, co stało się później. Od podkreślenia błędu prowadzi prosta droga do autokorekty, podpowiadania całych fraz, korekty stylistycznej i tłumaczenia. Granica przesuwała się przez trzy dekady w krokach na tyle drobnych, że prawie nikt ich nie zauważył, a komunikat programu zmieniał po drodze charakter. Zaczynał od informacji, że słowo zapisano błędnie, przechodził do sugestii, żeby użyć innego, potem do propozycji przestawienia zdania, aż wreszcie zaczął podpowiadać, że całość dałoby się napisać zupełnie inaczej.

Największy katalog, jaki kiedykolwiek powstał

W 1998 roku Sergey Brin i Lawrence Page opublikowali opis prototypu wyszukiwarki, który dziś czyta się jak dokument z innej epoki. Ich system dysponował pełnotekstową i hipertekstową bazą co najmniej dwudziestu czterech milionów stron i wykorzystywał strukturę odsyłaczy w sieci do oceny wartości wyników.

W tym samym tekście autorzy nazwali problem, z którym mierzymy się do dziś. Napisali o niekontrolowanych zbiorach hipertekstowych, w których każdy może opublikować cokolwiek. Ludzkie katalogi tematyczne w rodzaju Yahoo dobrze pokrywały popularne zagadnienia, ale pozostawały subiektywne, kosztowne w utrzymaniu i powolne w aktualizacji, a automaty dopasowujące słowa kluczowe zwracały w zamian mnóstwo trafień, których nikt nie chciał oglądać.

Kłopot przesunął się więc z dostępu do informacji na wybór informacji wiarygodnej. Brzmi to jak skargi z XVI wieku przeniesione w inną skalę. Więcej o tym, jak ta zmiana wpłynęła na sam status faktu, pisaliśmy w tekście o erze post-prawdy.

Google nie wynalazło wyszukiwania informacji. Jest spadkobiercą indeksu, konkordancji, katalogu kartkowego i formatu MARC, przy czym pokrewieństwo ma tu charakter wyłącznie funkcjonalny i nikt nie doszukuje się jednej linii technicznego dziedziczenia. Ciąg pojęć: indeks, katalog, karta, rekord, pełny tekst, wyszukiwarka opisuje kolejne odpowiedzi na jedno pytanie o to, gdzie dana rzecz się znajduje.

Tamuz wraca jako efekt Google

W numerze „Science" z 5 sierpnia 2011 roku ukazała się praca Betsy Sparrow, Jenny Liu i Daniela Wegnera pod tytułem Google Effects on Memory. Autorzy opisali w niej cztery eksperymenty, z których wynika, że ludzie postawieni przed trudnymi pytaniami mimowolnie myślą o komputerach, a kiedy spodziewają się, że informacja pozostanie dostępna później, gorzej zapamiętują ją samą i lepiej zapamiętują miejsce, w którym da się ją odnaleźć. Internet nazwali podstawową formą pamięci zewnętrznej, w psychologii określanej mianem transaktywnej.

Blisko dwadzieścia cztery stulecia wcześniej Tamuz mówił dokładnie to samo, więc klamra domyka się sama.

Jest jednak zbyt wygodna, żeby ją zaciskać, bo późniejsza literatura okazała się znacznie bardziej skomplikowana. Metaanaliza opublikowana w 2024 roku w „Frontiers in Public Health" objęła dwadzieścia dwa artykuły, trzydzieści pięć niezależnych porównań i łącznie ponad trzydzieści tysięcy uczestników w wieku od dwunastu do osiemdziesięciu dziewięciu lat. Autorzy powiązali efekt z obciążeniem poznawczym, wzorcami zachowań i poznawczą samooceną, zauważyli silniejsze działanie przy przeglądaniu na telefonie niż na komputerze oraz odnotowali, że osoby o szerszej wiedzy własnej są mniej podatne. Rozrzut wyników w badaniach składowych był przy tym bardzo duży.

Uczciwy wniosek brzmi zatem ostrożniej niż nagłówek. Zmieniają się strategie korzystania z pamięci i zewnętrznego dostępu do informacji. Zdanie „Google niszczy pamięć" nie ma w tych danych oparcia.

Encyklopedia, która nie miała prawa się udać

Wikipedia ruszyła 15 stycznia 2001 roku z założeniem, które w świecie akademickim brzmiało absurdalnie, a „Nature" opisało to bez ogródek w redakcyjnym komentarzu z grudnia 2005 roku. Dla ludzi przyzwyczajonych do recenzji naukowej pomysł, że każdy użytkownik niezależnie od kompetencji może edytować hasło, wyglądał na szaleństwo i na przepis na chaotyczne oraz niedokładne artykuły. Wielu krytyków mówiło to wprost. Po niespełna pięciu latach część tej krytyki wyglądała już na chybioną, bo angielska wersja zbliżała się do miliona haseł.

Ten sam numer pisma przyniósł głośne porównanie, do którego dziennikarze „Nature" wybrali hasła naukowe z Wikipedii oraz Encyclopaedii Britannica, ukryli przed recenzentami ich pochodzenie i poprosili ekspertów wyłącznie o wskazanie błędów rzeczowych, istotnych pominięć oraz sformułowań mylących. Wśród czterdziestu dwóch przeanalizowanych par przeciętne hasło Wikipedii zawierało około czterech nieścisłości, a hasło Britanniki około trzech. Poważnych błędów, polegających na błędnej interpretacji ważnych pojęć, znaleziono osiem, po cztery z każdego źródła.

Britannica odpowiedziała w marcu 2006 roku obszernym dokumentem kwestionującym metodologię, zarzucając między innymi wysłanie recenzentom skróconych fragmentów zamiast pełnych haseł. „Nature" odpowiedziało punkt po punkcie i podtrzymało swoje ustalenia.

Z tego sporu nie da się zrobić hasła „Wikipedia jest tak samo wiarygodna jak Britannica". Badanie obejmowało wąski wycinek haseł naukowych i samo stało się przedmiotem sporu. Da się natomiast zauważyć coś innego. Model, któremu odmawiano prawa do istnienia, wciąż istnieje, a jego głównym mechanizmem obronnym okazała się liczba czytelników gotowych poprawić błąd.

Narzędzie odpowiada całym akapitem

I dopiero teraz dochodzimy do generatywnej sztucznej inteligencji, która nie jest zerwaniem z całą powyższą historią. Łączy funkcje, które osobno znamy od dawna: wyszukiwanie, streszczanie, korektę, tłumaczenie, zmianę rejestru stylistycznego, przestawianie fragmentów. Każda z tych czynności miała już swoje narzędzie.

Nowa jest skala i jednostka. Katalog wskazywał książkę, wyszukiwarka zawęziła to do strony, a program korektorski schodził aż do pojedynczego słowa. Model językowy odpowiada strukturą tekstu, rozwinięciem argumentu, analogią i kilkoma akapitami gotowej prozy. Automatyzacja ilościowa zaczyna w tym punkcie przechodzić w zmianę jakościową, bo narzędzie nie tylko obsługuje wypowiedź, ale ją produkuje.

Moment, w którym stało się to widoczne dla szerokiej publiczności, opisywaliśmy szerzej przy okazji wiosny 2023 roku.

Infografika pokazująca przekazywanie kolejnym technologiom funkcji związanych z pisaniem i informacją
Kolejne technologie przejmowały różne elementy pracy z tekstem: pamiętanie, przepisywanie, wyszukiwanie, porządkowanie, poprawianie i kopiowanie. Generatywna AI przesuwa tę granicę dalej, ponieważ może proponować również całe fragmenty wypowiedzi.
Ilustracja poglądowa · grafika AI · FaleInspiracji.pl · CC0 1.0

Gdzie prawo stawia granicę

Filozoficzna definicja autorstwa może pozostać otwarta. Prawo takiego komfortu nie ma, bo musi rozstrzygać konkretne wnioski rejestracyjne.

29 stycznia 2025 roku U.S. Copyright Office opublikował drugą część raportu poświęconego prawu autorskiemu i sztucznej inteligencji. Urząd otrzymał ponad dziesięć tysięcy komentarzy, z czego mniej więcej połowa dotyczyła właśnie zdolności ochronnej rezultatów generatywnej AI.

Ustalenia dają się streścić w kilku punktach. Samo użycie AI w procesie tworzenia nie pozbawia ludzkiego dzieła ochrony, materiał wygenerowany wyłącznie przez maszynę ochronie nie podlega, a człowiek zachowuje prawa do własnych elementów twórczych dostrzegalnych w rezultacie, do twórczego doboru, koordynacji lub układu materiału oraz do twórczych modyfikacji cudzego wytworu. Wystarczalność ludzkiego wkładu ocenia się indywidualnie, sprawa po sprawie.

Najmocniej brzmi fragment o promptach, według którego przy obecnym stanie powszechnie dostępnej technologii same polecenia wpisywane do modelu nie dają wystarczającej kontroli nad ekspresyjnymi elementami rezultatu, żeby uczynić użytkownika autorem. Urząd uzasadnił to tym, że modele nie wykonują poleceń konsekwentnie, samodzielnie wypełniają luki pozostawione w instrukcji i z identycznego promptu generują różne wyniki. Wielokrotne poprawianie promptu tego nie zmienia. Urząd zaznaczył jednocześnie, że wniosek zależy od stanu techniki i może się zmienić.

Polski system operuje inną formułą, choć zmierza w podobną stronę. Zgodnie z artykułem 1 ustawy z 4 lutego 1994 roku przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci. Ta sama ustawa precyzuje, że ochroną objęty może być wyłącznie sposób wyrażenia, a nie odkrycia, idee, procedury czy metody. Za działalnością twórczą stoi w tej definicji człowiek. Szersze tło regulacyjne opisywaliśmy w tekście o regulacjach sztucznej inteligencji.

Żaden z tych dokumentów nie definiuje autora filozoficznie. Oba pokazują natomiast, że pytanie przestało być wyłącznie akademickie i wymaga odpowiedzi w konkretnych sprawach.

Autor pracujący nad tekstem na komputerze przy wsparciu systemu sztucznej inteligencji
Generatywna AI nie ogranicza się już do przechowywania, wyszukiwania czy poprawiania tekstu. Może proponować sformułowania, strukturę argumentu i całe akapity, pozostawiając człowiekowi decyzję, które elementy wykorzystać, zmienić albo odrzucić.
Ilustracja poglądowa · grafika AI – nie jest fotografią dokumentalną · FaleInspiracji.pl · CC0 1.0

Krytycy technologii nie zawsze się mylili

Kuszący morał tej historii brzmiałby tak: każde pokolenie panikuje, każda panika okazuje się bezpodstawna, więc uspokójmy się także tym razem.

Materiał na to nie pozwala.

Tamuz miał rację co do jednego. Zewnętrzny nośnik faktycznie zmienia sposób, w jaki traktujemy pamięć, a eksperymenty nad efektem Google pokazały to w warunkach laboratoryjnych. Skargi renesansowych uczonych na nadmiar też nie były histerią, bo skala obiegu tekstów rosła wtedy szybciej niż zdolność do ich oceniania, a w krytyce indeksu tkwiła obserwacja trudna do podważenia, skoro wyszukanie fragmentu naprawdę pozwala mówić o książce, której się nie przeczytało. Plagiat stał się łatwiejszy wraz z kopiowaniem cyfrowym. Maszynopis odebrał listowi rękę i nikt jej potem nie odzyskał.

Historia nie mówi więc, że krytyka nowych technologii jest zawsze śmieszna. Mówi coś ciekawszego, mianowicie że każda technologia pisma przesuwa podział pracy między człowiekiem a narzędziem, a spór dotyczy nie samego narzędzia, tylko tego, co po przesunięciu zostaje po naszej stronie.

Dotąd zostawało dużo. Narzędziu powierzaliśmy przechowanie, powielenie, uporządkowanie, odnalezienie i poprawienie tekstu. Po stronie człowieka zostawała decyzja, co właściwie chce powiedzieć, oraz praca nad tym, jak to powiedzieć.

Drugą z tych rzeczy zaczynamy właśnie przekazywać maszynie. Pierwsza pokrywa się z tym, co pięć wieków temu decydowało o nazwisku na karcie tytułowej, kiedy amanuens pisał pod dyktando, a czasem układał całe fragmenty. Ta sama zasada obowiązuje w każdej redakcji, gdzie tekst przechodzi przez ręce researchera, korektora i grafika, a odpowiada za niego ten, kto ustalił, po co on w ogóle powstaje.

Dlatego ostatnie zdanie nie powinno brzmieć „AI to po prostu kolejne pióro". Pytanie brzmi inaczej i jest znacznie trudniejsze: ile z pisania można oddać maszynie, zanim słowo „autor" zacznie znaczyć coś innego niż dotąd.

Jak powstawał niniejszy artykuł

Ten artykuł powstał przy istotnym udziale sztucznej inteligencji. AI wykorzystywano na różnych etapach pracy, w różnym zakresie i przy niezależnym użyciu kilku zaawansowanych modeli językowych.

Określenie tematu, celów oraz wypunktowanych zrębów artykułu należało do człowieka. Następnie AI pomogła uporządkować i wygładzić przygotowany plan.

Zebranie materiałów źródłowych do poszczególnych punktów powierzono wyspecjalizowanemu agentowi AI, działającemu według ręcznie ustanowionych zasad wyszukiwania i kwalifikowania źródeł. Zebrane materiały zostały następnie ręcznie przejrzane i zakwalifikowane do dalszego wykorzystania.

Na tej podstawie rozbudowano poszczególne części artykułu. Tekst przeszedł później kolejne etapy pracy: korektę i rozwinięcie z użyciem AI, ręczne poprawki, a następnie niezależne sprawdzenie faktograficzne przy użyciu innego modelu AI. Zastrzeżenia wykryte podczas tej kontroli zostały wylistowane i poddane ręcznej ocenie, a tekst — tam, gdzie było to konieczne — odpowiednio zmodyfikowany.

Kolejnym etapem była korekta redakcyjna. Ostateczna decyzja o publikacji, wprowadzeniu dalszych poprawek albo odrzuceniu materiału należała do wydawcy po zapoznaniu się z jego końcową wersją.

Po zakończeniu pracy źródła oraz materiały robocze służące udokumentowaniu procesu zostały zarchiwizowane. Zadanie to powierzono agentowi audytowemu, który uporządkował i zapisał dokumentację wykorzystaną podczas przygotowywania artykułu.

Zatem artykuł nie jest produktem jednego „promptu”. Jest rezultatem wieloetapowego procesu redakcyjnego, w którym przeplatają się praca człowieka oraz narzędzi opartych na sztucznej inteligencji. Próba określenia ich udziału procentowego byłaby w dużej mierze arbitralna.

Czy wykorzystano przy jego tworzeniu nowoczesne technologie? Zdecydowanie tak. Czy powierzono im pracę bez kontroli człowieka? Nie. Czy taki sposób przygotowania materiału przyniósł dobry rezultat — to już pozostawiamy ocenie czytelnika.

Literatura i źródła