Dwunastego kwietnia 1961 roku Jurij Gagarin jako pierwszy człowiek okrążył Ziemię. Dokładnie dwadzieścia trzy lata później, tego samego dnia, w Łodzi urodził się chłopiec.
Jego matka co roku składała mu życzenia nie z okazji urodzin, lecz „w Dniu Kosmonautów". Brzmi to jak baśń dopisana po latach — bo data niczego przecież nie obiecywała. Dwunasty kwietnia to dla milionów ludzi zwykła kartka z kalendarza. Dla jednego okazał się wróżbą, której nikt wtedy nie umiał odczytać.
Sławosz Uznański-Wiśniewski był synem historyków sztuki, ale wybrał fizykę. Potem inżynierię. Potem najmniej oczywistą z dróg do gwiazd — nie przez kabinę myśliwca, lecz przez układy scalone, które muszą przetrwać promieniowanie. Zanim w ogóle pomyślał o locie, latami pilnował elektroniki w największym akceleratorze świata, ukrytym pod granicą dwóch państw. Mierzył się z kosmosem, nie ruszając się z Ziemi.
Między marzeniem chłopca a fotelem w kapsule minęły trzy dekady i tysiące godzin, które z romantyzmem kalendarza nie miały nic wspólnego.
A jednak data została. Kiedy rakieta wreszcie oderwała się od Florydy, był w niej człowiek, którego matka od dziecka winszowała nie urodzin, lecz kosmosu.
Czy to przypadek znalazł swojego bohatera — czy bohater dorósł do przypadku?