W 1992 roku szef rosyjskiego wywiadu stanął przed kamerami i powiedział prawdę. Jewgienij Primakow oficjalnie przyznał, że to KGB stało za wieloletnią kampanią wmówienia światu, iż wirus HIV powstał w amerykańskim laboratorium wojskowym. Kłamstwo miało autorów. Autorzy się przyznali. Sprawa powinna być zamknięta.

Trzynaście lat później badacze zapytali Afroamerykanów, czy wierzą, że AIDS jest chorobą stworzoną przez człowieka. Blisko połowa odpowiedziała: tak.

Jest coś niepokojącego w kłamstwie, które przeżywa własne wyznanie. Nie chodzi już o to, kto je wymyślił ani w jakim celu. Chodzi o to, że fałsz — powtórzony wystarczająco wiele razy, w wystarczająco wielu językach, przez wystarczająco wielu ludzi — przestaje potrzebować swojego twórcy. Zaczyna żyć własnym życiem, zadomowiony w umysłach, których nikt już nie potrafi skorygować.

Zwykle myślimy o dezinformacji jak o strzale: ktoś celuje, ktoś zostaje trafiony. Ale może lepszą metaforą jest wirus — coś, co po uwolnieniu mutuje, adaptuje się i rozprzestrzenia niezależnie od intencji tego, kto je wypuścił.

Ile takich kłamstw — już dawno porzuconych przez swoich twórców — wciąż krąży w naszych głowach, udając wiedzę?