W normalnym państwie polityk walczy o przedłużenie mandatu. Nikt nie pyta dlaczego — to tak oczywiste, że nie wymaga uzasadnienia. Rezygnacja z władzy jest anomalią. Trzymanie się jej — normą.

A teraz wyobraźmy sobie odwrócenie. Parlament, w którym oddanie władzy jest opłacalne, a próba jej zatrzymania kosztuje. Nie metaforycznie. Finansowo. Umową notarialną, podpisaną przed wyborami, z karami, które sprawiają, że złamanie słowa jest po prostu nieopłacalne.

Brzmi jak prowokacja intelektualna, ale kryje się w tym coś poważniejszego niż gra myślowa. Polska konstytucja z 1997 roku jest technicznie porządnym dokumentem. Kryzys, w który wpadł polski ustrój, nie wynikał z błędów w tekście — wynikał z braku woli jego przestrzegania. Nowy tekst, choćby doskonały, tego nie naprawi.

Chyba że zmieni się nie treść, lecz sposób, w jaki treść powstaje. Chyba że ktoś zaprojektuje proces tak odporny na zawłaszczenie, że nawet ci, którzy chcieliby go wykorzystać, nie będą w stanie tego zrobić, bo każda próba będzie jawna, udokumentowana i kosztowna.

To dziwne pytanie: czy demokracja potrzebuje polityków, którzy z góry zgadzają się na własną zbędność? A może jeszcze dziwniejsze — czy dopiero wtedy, gdy rezygnacja z władzy staje się racjonalna, władza zaczyna zasługiwać na zaufanie?