Rejestr fundacji rodzinnych jest jawny. Tak stoi w ustawie, czarno na białym.
W praktyce ta jawność mieści się przy jednym komputerze. Stoi w Sądzie Okręgowym w Piotrkowie Trybunalskim — jedynym sądzie rejestrowym dla całego kraju. Żeby sprawdzić, kto wniósł co do swojej fundacji, kto jest beneficjentem, jak wygląda spis mienia, trzeba tam pojechać, usiąść przy tym terminalu i przeklikać rejestr ręcznie. Nie zdalnie. Nie przez internet. Jeden komputer, jedno miasto.
Dziennikarze TVN24 to zrobili. Wrócili z nazwiskami: politycy z lewa, z prawa i ze środka, każdy ze swoją fundacją, część z nich współtworzyła przepisy, na podstawie których te fundacje powstały. Reszta z nas do Piotrkowa nie pojedzie.
I tu jest sedno. Prawo nie skłamało — rejestr naprawdę jest jawny. Po prostu dostęp do niego zaprojektowano tak, żeby z tej jawności nikt bez poczucia misji nie skorzystał. Informacja istnieje, leży w aktach, jest publiczna. Tyle że żeby do niej dotrzeć, trzeba poświęcić dzień i bilet do miasta, o którym większość obywateli przypomina sobie raz na dekadę.
Ile innych praw działa dokładnie tak: formalnie po naszej stronie, praktycznie poza zasięgiem?