Jesienią 1944 roku Stepan Bandera wciąż siedział w specjalnym bloku obozu koncentracyjnego Sachsenhausen. Niemcy trzymali go tam od początku 1942 roku — aresztowali wkrótce po tym, jak we Lwowie ośmielił się ogłosić niepodległą Ukrainę. Człowiek, którego nazwisko stało się dziś synonimem rzezi wołyńskiej, w czasie, gdy ta rzeź się rozgrywała, siedział za niemieckim drutem.

To nie czyni go niewinnym. Ideologię, z której wyrósł mord, współtworzył przez lata. Ale samą zbrodnią kierowali inni — dowódcy w wołyńskich lasach, o pseudonimach, których dziś prawie nikt nie pamięta. Bandera dostał coś, czego oni nie dostali: nazwisko, które przetrwało wszystko.

I tu zaczyna się rzecz najtrudniejsza. Jedno słowo musi dziś unieść dwie prawdy, które nie chcą się zmieścić obok siebie. Że był to ruch walczący o niepodległość narodu bez państwa. I że ten sam ruch wymordował dziesiątki tysięcy bezbronnych sąsiadów — siekierami i widłami, paląc kościoły pełne ludzi.

Polak słyszy w tym nazwisku jedno. Ukrainiec z zachodu kraju, dla którego partyzant z lasu to dziadek poległy za wolność — słyszy coś zupełnie innego. Oba te głosy mówią prawdę i żaden nie unieważnia drugiego.

Co dzieje się z pamięcią, gdy jednemu nazwisku każe się nieść tak sprzeczne ciężary naraz?