Zapytaj Brytyjczyka z najwyższej półki, jak nazywa kwadratowy kawałek płótna leżący przy talerzu, a usłyszysz proste, niemal chłopskie napkin. Zapytaj kogoś, kto bardzo chciałby do tej półki należeć, a dostaniesz wytworne, francuskie serviette. Na tym właśnie polega pułapka: wysiłek włożony w to, by zabrzmieć dystyngowanie, jest najpewniejszym dowodem, że dystynkcji się nie odziedziczyło.

Lingwista Alan Ross opisał tę regułę w 1954 roku, dzieląc angielszczyznę na „U" i „non-U" — mowę warstwy wyższej i mowę tych, którzy się pod nią podszywają. Ubikacja to loo albo rubaszne lavatory, nigdy wytworne toilet. Reguły są nieintuicyjne i bezlitosne, bo ich sedno nie leży w słowach. Leży w tym, że swobody nie da się kupić ani wyćwiczyć przed lustrem.

Brytyjczycy czytają takie sygnały błyskawicznie i niemal bez udziału świadomości — z jednego drgnięcia samogłoski potrafią odtworzyć czyjąś szkołę, dzielnicę i pochodzenie. Przybysz z zewnątrz nie usłyszy nic.

I tu zaczyna się rzecz najdziwniejsza. W kraju, który nie ma w żadnej ustawie zapisanej hierarchii stanów, najszczelniejszą granicę klasową wyznacza coś, czego nie sposób podrobić: nie majątek, nie tytuł, lecz nawyk nabyty w dzieciństwie — zanim ktokolwiek zdążył ostrzec, że będzie nas zdradzał przez resztę życia.

Co właściwie słychać w głosie człowieka, który najstaranniej dobiera słowa — wytworność czy lęk przed zdemaskowaniem?