Latem 1950 roku Moacir Barbosa uchodził za jednego z najlepszych bramkarzy świata. Jedenaście minut przed końcem finału na Maracanie urugwajski skrzydłowy Alcides Ghiggia, zamiast dośrodkować jak przy poprzedniej bramce, uderzył płasko przy bliższym słupku. Barbosa, ustawiony pod centrę, spóźnił się o ułamek sekundy. Piłka wpadła pod jego ciałem, a największy tłum w dziejach futbolu zamilkł niemal naraz.
Reszta jego życia potoczyła się w cieniu tamtego ułamka. W Brazylii przegrany finał nazwano „Maracanazo” i uczyniono z niego narodową traumę, a Barbosę jej twarzą. Dekady później, już jako starzec, opowiadał, jak w sklepie obca kobieta pokazała go dziecku: oto człowiek, przez którego płakała cała Brazylia. Miał wtedy dawno za sobą wielką karierę i lata pracy. Pamiętano jednak tylko jedno podanie, którego nie zdążył sięgnąć.
W piłce powtarza się, że bramkarz myli się raz, ale za wszystkich. Trudniej pojąć, dlaczego akurat ten jeden błąd, popełniony w kilkadziesiąt setnych sekundy, potrafi przykryć całe czyjeś życie i przetrwać dłużej niż pamięć o samym meczu.
Ilu jeszcze ludzi historia finałów zapamiętała nie za to, kim byli, lecz za jedną chwilę, w której akurat stali w złym miejscu?