Patrzysz w ognisko i wydaje ci się, że widzisz płonące drewno. Nie widzisz. Drewno samo w sobie się nie pali.
To, co bierzemy za ogień, unosi się kilka centymetrów nad polanem. Rozgrzana szczapa nie płonie — ona ulega pirolizie. Ciepło wypędza z niej lotne gazy, a dopiero one, wymieszane z powietrzem nad powierzchnią, zapalają się i dają płomień. To, co widzisz, jest obłokiem gazu zawieszonym nad swoim paliwem. Dlatego świeże drewno tak trudno rozpalić: świeżo ścięta gałąź potrafi mieć połowę masy w wodzie, którą ogień musi najpierw z niej odparować, zanim w ogóle zacznie z niej cokolwiek płonąć.
Jego żółty kolor też jest po części złudzeniem. To nie barwa samego ognia, lecz blask drobin sadzy — niedopalonego węgla rozgrzanego do białości, świecącego jak włókno w żarówce.
A najgoręcej wcale nie jest tam, gdzie najjaśniej. U samej podstawy płomień bywa niebieski i niepozorny, i to właśnie tam temperatura jest najwyższa. Ogień pokazuje swoją najmniej efektowną stronę dokładnie w miejscu, w którym pracuje najmocniej.
Co więc naprawdę oglądamy, gdy przez godzinę wpatrujemy się w ognisko? Nie drewno i nie żar, tylko powietrze — na chwilę tak rozgrzane, że zaczyna świecić.