Nazwa miała wystarczyć na jedną, może dwie edycje. Potem organizatorzy zamierzali wymyślić coś poważniejszego.

„Pyrkon” powstał z żartu. Ktoś połączył poznańską pyrę, czyli ziemniaka, z końcówką „-kon”, którą w polskim fandomie dokleja się do nazw konwentów. Wyszło słowo brzmiące jak wewnętrzny kod: czytelny dla wtajemniczonych, obcy dla reszty. Polcon, Falkon, Copernicon, Pyrkon. Prowizoryczny szyld na pierwszy zlot kilkuset zapaleńców w sali poznańskiej podstawówki.

Poważniejsza nazwa nigdy nie powstała. Piotr Derkacz, koordynator pierwszej edycji, przyznał to publicznie dopiero po latach, ze sceny, przed tłumem liczonym w dziesiątkach tysięcy. Żart się przyjął. Ziemniak stał się marką rozpoznawalną w całej Europie.

Jest coś przewrotnego w tym, że impreza zajmująca dziś kilkanaście hal Międzynarodowych Targów Poznańskich nosi imię wymyślone na kolanie, z założeniem, że to tylko na chwilę. Przez ćwierć wieku nie nadszedł moment, w którym wypadałoby wydorośleć i przybrać nazwę na miarę osiągniętej skali.

A może rzeczy pomyślane jako tymczasowe trzymają się najmocniej. Nikt nie zdążył ich urzędowo zatwierdzić, więc zostały takie, jakie były na początku.

Co jeszcze na tym festiwalu przetrwało tylko dlatego, że nikt nie kazał tego zmieniać?