Wyobraź sobie strunę naciągniętą nad torem, cztery metry nad ziemią. Kiedy jej dotkniesz, wzdłuż drutu pobiegnie fala — dokładnie tak samo jak w gitarze. Tyle że tej struny nikt nie chce usłyszeć. To drut jezdny sieci trakcyjnej, a fala rusza po nim wtedy, gdy pantograf pędzącego pociągu naciska go od dołu.
I tu zaczyna się problem, o którym większość pasażerów nigdy nie pomyśli. W standardowo naprężonym drucie fala biegnie z prędkością około 500 km/h. Jeśli pociąg rozpędzi się mocniej, zaczyna doganiać własne zaburzenie. Pantograf gubi kontakt, przeskakują łuki elektryczne, sieć się niszczy. Granica prędkości nie jest wtedy zapisana w silniku. Jest zapisana w napiętym drucie nad głową.
Dlatego kiedy 3 kwietnia 2007 roku francuski skład miał pobić rekord, inżynierowie nie dorzucili po prostu mocy. Napięli drut mocniej — z 25 do 40 kiloniutonów — żeby fala pobiegła szybciej niż pociąg. Podniosła się do 610 km/h. Skład rozpędził się do 574,8 km/h i zatrzymał tuż pod tą niewidzialną barierą, z zapasem ledwie kilkudziesięciu kilometrów na godzinę.
Rekord do dziś nie został pobity. Wyznaczyła go nie moc, lecz fizyka drutu grubości palca.
Ile innych granic, które bierzemy za absolutne, to po prostu źle naprężone struny?