W latach trzydziestych XX wieku amerykański filolog jeździł po Bałkanach z ciężkim sprzętem do nagrywania. Szukał odpowiedzi na pytanie o poemat starszy o blisko trzy tysiące lat: czy człowiek, który nie umie czytać ani pisać, jest w stanie unieść opowieść rozmiarów Iliady?
Milman Parry dostrzegł wcześniej w samym tekście coś podejrzanie praktycznego. Stałe epitety, szybkonogi Achilles czy Hektor o połyskliwym hełmie, tworzą system precyzyjnie dopasowany do rytmu heksametru. Poeta pracujący piórem nie potrzebuje takich podpórek. Potrzebuje ich ten, kto układa wiersz na głos, w tempie własnego śpiewu, przed czekającą publicznością.
Sceptycy odpowiadali krótko: żaden analfabeta nie utrzyma spójnej fabuły przez piętnaście tysięcy wersów. Parry postanowił więc takiego poetę znaleźć. Żywego.
Znalazł. Niepiśmienny rzeźnik Avdo Međedović podyktował mu pieśń dłuższą niż dwanaście tysięcy wersów, rozwijając wątek, który znał z drukowanej wersji pięciokrotnie krótszej. Nagrania ujawniły przy okazji rzecz niewidoczną w żadnym rękopisie: taki śpiewak nie odtwarza z pamięci gotowego tekstu. Za każdym razem składa pieśń od nowa, z zapasu formuł i scen, a jej długość zależy od cierpliwości słuchaczy. Dwa wykonania nigdy nie brzmią identycznie.
Jeśli tak samo śpiewano kiedyś po grecku, to czym właściwie jest tekst, który otwieramy dziś jako Iliadę — którym z tysięcy wieczorów, z których każdy brzmiał inaczej?