Nadciśnienie nie boli. Wysoki cholesterol nie boli. Podwyższony cukier we krwi też nie daje o sobie znać, a już na pewno nie na tym etapie, na którym dałoby się z nim zrobić najwięcej.

To nie jest przeoczenie natury ani pech. Choroby przewlekłe budują się latami i akurat przez te lata zachowują ciszę. Kiedy wreszcie zaczynają mówić, rozmowa toczy się już na ich warunkach.

Osobliwe jest to, jak niewiele trzeba, żeby usłyszeć je wcześniej. Mankiet założony na ramię. Wejście na wagę. Jedno ukłucie igłą, z którego wychodzą naraz dwie wartości. Kwadrans, bez subskrypcji i bez aplikacji.

Wokół tych kilku czynności nie wyrósł żaden przemysł. Trudno sprzedać procedurę, która najczęściej kończy się informacją, że wszystko jest w porządku.

Sam pomiar bywa zresztą kapryśny. Ciśnienie potrafi podskoczyć od samego wejścia do gabinetu, dlatego rozpoznania nie stawia się na podstawie jednego odczytu z przychodni. Liczba również potrzebuje warunków, w których mówi prawdę.

Zostaje pytanie, na które nie sposób odpowiedzieć od środka. Skąd właściwie wiemy, że jest dobrze, jeżeli jedynym dowodem pozostaje to, że nic nie boli?