Płonący okręt spychany na otwartą wodę to jeden z najtrwalszych obrazów pożegnania w europejskiej wyobraźni. Powtarzano go tyle razy, że zdążył zacząć uchodzić za wspomnienie czegoś rzeczywistego.

W Vendel i Valsgärde archeolodzy faktycznie znaleźli zmarłych złożonych w łodziach. Nikt tych łodzi nie podpalał. Zakopywano je w ziemi wraz z bronią, wyposażeniem i zwierzętami, między schyłkiem VI a VIII stuleciem, a więc przed epoką wikingów. Łódź była tam trumną.

Skąd zatem ogień? Z dwóch przekazów, z których żaden nie opisuje powszechnego zwyczaju. Ahmad ibn Fadlan widział nad Wołgą w 922 roku łódź wyciągniętą na brzeg, ustawioną na podporach i podpaloną na lądzie. Resztę dopowiedziała mitologia: pogrzeb Baldra na okręcie Hringhorni spisał Snorri Sturluson około 1220 roku, gdy Islandia była chrześcijańska od kilku pokoleń.

Obraz, który uchodzi za pamięć o dawnym obrzędzie, powstał więc później niż sam obrzęd i w zupełnie innym celu.

To nie jest wyłącznie ciekawostka archeologiczna. Każda epoka ma poczucie, że wie, jak wygląda właściwe pożegnanie. Każde takie poczucie jest młodsze, niż mu się wydaje.

Które z form uznawanych dziś za odwieczne okażą się za osiemset lat czyimś dopiskiem?